Archiwa blogu

Thingyan, czyli nowy rok po birmańsku

W dniach 13-17 kwietnia Birmańczycy będą świętować Thingyan – nadejście nowego roku buddyjskiego.

Image

Thingyan 2012, Rangun. fot. Życie w tropikach

Korzeni Thingyanu należy doszukiwać się w buddyjskiej wersji hinduskiego mitu. Idzie to mniej więcej tak: Słoniogłowy Król Brahmów zwany Arsi przegrał zakład z Królem Devas, Śakrą, który skrócił Arsiego o głowę. Głowa została następnie wsadzona w ciało Brahmy, który następnie stał się Ganeszą. Brahma był tak potężny, że gdy jego głowa została wrzucona do morza – natychmiast wysychała. Jeśli została rzucona na ląd – natychmiast ulegała samozapłonowi. Jeśli została wyrzucona w powietrze – wybuchała płomieniami. W obliczu tego fenomenu Śakra wydał rozkaz, aby głowa Brahmy była nieustannie noszona przez jedną księżniczkę devi po drugiej. Księżniczki zmieniały się co roku. Nowy rok oznaczał więc zmianę właścicielki głowy Brahmy.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Wigilia Thingyanu to pierwszy dzień festiwalu zwany a-kyo nei i początek przeróżnych aktywności religijnych. Buddyści przestrzegają Ośmiu Przykazań – o trzech więcej niż zazwyczaj. Wiele osób je tylko raz dziennie – przed południem. Jałmużna składana jest przed mnichami w ich klasztorach. Ofiara z zielonych kokosów z nietkniętymi łodygami otoczonymi kiśćmi zielonych bananów ląduje przed posągami Buddy, które następnie polewane są pachnącą wodą w ceremonii obmywania. Tradycja ta została zapoczątkowana przez birmańskich królów, którzy uczestniczyli w ceremonii mycia głowy czystą wodą z Guangsay Kyun (dosłownie Wyspa Mycia Głowy) – małej wysepki zlokalizowanej w Zatoce Martaban niedaleko Mawlmaying w stanie Mon.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

O zmroku rozpoczyna się prawdziwe świętowanie z muzyką, piosenkami, tańcami w oczekiwaniu na właściwy Thingyan zwany także Wodnym Festiwalem. Na prawie każdym osiedlu zbudowano z bambusa na prędce dziesiątki bogato udekorowanych pawilonów i scen o świątecznych nazwach. Lokalne artystki ćwiczą od tygodni lub nawet miesięcy, aby jak najlepiej odśpiewać i odtańczyć pokaz w rytm tradycyjnych pieśni festiwalu. Każdy girlsband ubrany jest w charakterystyczny kostium składający się z kolorowych topów i spódnic przyozdobionych kwiatami i świecidełkami. Ich twarze pokryte są tanaką – tradycyjnym makijażem. W ich włosy wpięte są żółte kwiaty padauk o słodkim zapachu. Znane z tego, że kwitną jedynie raz w roku w okolicach festiwalu zwane są one “Kwiatami Thingyanu”. Tłum imprezowiczów na pieszo, na rowerach, na motocyklach, w jeepach i ciężarówkach bez dachu przemieszcza się od sceny do sceny nierzadko grając swoją własną muzykę. Bogato udekorowane i oświetlone platformy z orkiestrą i tuzinami kochliwych męzczyzn krążą między scenami wymieniając się piosenkami napisanymi specjalnie na festiwal, które wszyscy znają. Każda platforma zdaje się mieć swojego rapera, który nabija się lub krytykuje wszystko co złe w kraju. Popularne tematy to moda, konsumpcjonizm, inflacja, przestępczość, narkotyki, AIDS, korupcja i politycy. To bez wątpienia czas na odreagowanie stresów całego roku. Tradycyjnie już ulice pełne są wypadków i incydentów spowodowanych jazdą po pijaku, kłótniami i bójkami na które władze muszą być przygotowane jak co roku. Zasadniczo jednak dominuje atmosfera przyjaźni i dobrej woli.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Buuuuuuum! – grzmi armata o poranku. To sygnał dla ludzi aby wyszli z domów i wylali wodę na ziemię modląc się przy okazji. Przepowiednia na nowy rok zostaje odczytana przez brahminów. Bazowana jest na tym na jakim zwierzu Śakra będzie jechać z nieba na ziemię i co będzie trzymać w ręku. Dzieciom mówi się, że gdy będą dobre, ich imiona zostaną zapisane w złotej księdze. Gdy będą niegrzeczne, ich imiona trafią do “psiej księgi”.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Tradycyjnie Thingyan wiązał się z ochlapywaniem wszystkich pachnącą wodą ze srebnej misy za pomocą thabyay – gałązki tropikalnego drzewa charakterystycznego dla regionu. Pryskanie wodą miało metaforycznie zmyć grzechy popełnione w ubiegłym roku. Tradycja ta nadal kontynuowana jest na birmańskiej wsi. Rangun, Mandalay i inne popularne miejsca to jednak zupełnie inna bajka. Tutaj polewanie wodą odbywa się za pomocą węży ogrodowych, wielkich bambusowych, mosiężnych lub plastikowych mis, pistoletów na wodę, hydrantów i pomp wodnych zainstalowanych na ciężarówkach straży pożarnej. Biorąc pod uwagę, że kwiecień to najgorętszy miesiąc roku nikt nie wydaje się mieć nic przeciwko byciu przemoczonym do suchej nitki. Polewać można wszystkich z wyjątkiem mnichów i kobiet w ciąży.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Niektórzy zbyt rozentuzjazmowani młodzi chłopcy zostają złapani przez kobiety, które często są ich głównym celem. W zemście dziewczyny smarują twarze chłopaków smarem z garów po gotowaniu. Dziewczęta z tuzinami węży ogrodowych wymieniają tysiące litrów wody z przejeżdżającymi samochodami. Wielu imprezowiczów nosi ręczniki, aby zatrzymać strumień wody atakujący oczy i uszy. Imprezowiczki często używają ręcznika, aby nie wyglądać jak miss morkego podkoszulka w tym bądź co bądź konserwatywnym kraju. Żartownisie używają lodowatej wody prowokując dzikie krzyki i śmiech swoich ofiar. Pwè – uliczne teatrzyki z udziałem kukiełek, orkiestr, grup tanecznych, kabareciarzy, gwiazd filmowych i piosenkarzy z uwzględnieniem współczesnych birmańskich grup muzyki popularnej nie są rzadkością w trakcie festiwalu. Jeśli szukasz zabawy w połowie kwietnia, przyleć do Birmy!

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Czwartego dnia zwanego a-tet nei Śakra wraca do niebios i jest to ostatni dzień festiwalu. Niektórzy polewają się wodą do późna krzycząc “Śakra czegoś zapomniał i po to wrócił”.

Wśród innych tradycji wchodzących w skład Thingyanu warto wspomnieć o mont lone yeibaw. Kleiste kulki ryżowe wypełnione cukrem palmowym wrzucane są do wody gotującej się w potężnym garze i serwowane, gdy tylko wypłyną na powierzchnię. Niektórzy żartownisie nadziewają kurtki ryżowe świeżymi papryczkami chili.

Ostatnim dniem festiwalu jest Nowy Rok. To czas, aby młodzi odwiedzili swoich rodziców i złożyli im hołd poprzez tradycyjną ofiarę z wody w naczyniu z terakoty i szamponu. Młodzi ludzie myją włosy starszym tradycyjną metodą z użyciem szamponu z fasoli i kory drzewnej. Wielu składa postanowienia noworoczne generalnie oscylujące wobec poprawy swojego zachowania i popełnianiu większej ilości dobrych uczynków w celu polepszenia swojej karmy.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Uwalnianie ryb jest kolejną tradycją dnia niezatartą przez upływający czas. Ryby złowione w jeziorach i rzekach są przetrzymywane w specjalnych dzbanach zanim zostaną z powrotem wypuszczone na wolność z modlitwą i życzeniem: “Uwalniam Cię raz, Ty uwolnisz mnie dziesięć razy”. W Nowy Rok ludzie ofiarowują także jedzenie w różnych miejscach. Wreszcie okres Thingyanu to także ulubiony czas na ceremonię inicjacji w tradycji buddyzmu Theravada. Młodzi chłopcy oddawani są do klasztorów, gdzie spędzają określoną ilość czasu ucząc się posłuszeństwa i studiując nauki Buddy. Ceremonia ta porównywalna jest do ceremonii wkroczenia w dorosłość w innych kulturach i religiach.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan to najważniejsze birmańskie święto. Znakomita większość biur, sklepów i firm jest zamknięta od około 10 do 20 kwietnia. Planując podróżowanie po kraju należy uwzględnić, że autokary, pociągi i samoloty są pełne na kilka dni przed i kilka dni po festiwalu. Polecana jest bardzo wczesna rezerwacja. W trakcie festiwalu jest tylko gorzej, gdyż większość pociągów i autobusów w ogóle nie kursuje – kierowcy także chcą mieć wolne.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Choć wszyscy mają nadzieję, że tak się nie stanie, tegoroczny Thingyan może być inny niż dotychczas. W związku z niedawnymi zamieszkami między buddystami a muzułmanami w wyniku których życie straciło kilkadziesiąt osób, conajmniej dwa razy tyle zostało rannych, a dach nad głową straciło kilka tysięcy, do większych miast ściągają policja i wojsko z innych regionów kraju. Popularna plotka w Rangunie głosi, że muzułmanie wezmą odwet na buddystach i zamiast wody do polewania będą używać… kwasu. Znajomi mi muzułmanie dementują plotkę dla odmiany mówiąc, że zamierzają zabarykadować się w domu w obawie przed pijanymi buddystami.

Mając nadzieję, że plotki okażą się jedynie plotkami, życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku!

Reklamy

Odkrywanie stanu Chin: Góra Victoria & Kanpetlet

Pianie koguta budzi mnie przed szóstą rano. Przez dobre 15 minut żałuję, że nie złożyliśmy go w ofierze zgodnie z lokalną tradycją. Trzęsę się z zimna po opuszczeniu luksusów mojego pokoju wyposażonego w materac i gruby, brudny koc. Temperatura w środku jest taka sama jak na zewnątrz – 9 stopni Celsjusza. Nai Tan – nasz lokalny przewodnik oferuje mi kubek gorącej kawy i zaprasza do wspólnego oglądania wschodu słońca nad górami. Jego siostra gotuje wodą na poranną kąpiel i przygotowuje tosty trzymając chleb nad ogniskiem. Ostatnią noc spędziłem w Aye Camp zlokalizowanym w połowie drogie między Mindat i Nat Mataung (Mt. Victoria), na którą zamierzamy dzisiaj się wdrapać.

Park Narodowy Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Park Narodowy Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Mount Victoria znana także jako Khaw-nu-soum albo Khonaumthung w języku Chin to najwyższa góra tego stanu. Jej szczyt znajduje się na wysokości 3,053 metrów nad poziomem morza. Góra leży w ekoregionie Chin-Arakan Yoma. Otoczona przez niższe góry porośnięte tropikalnym i subtropikalnym lasem, szczyt Nat Ma Taung tworzy “podniebną wyspę” będącą domem dla roślin i zwierząt występujących w klimacie umiarkowanym i wysokogórskim specyficznym dla Himalajów dalej na północy. Można tu także znaleźć wiele wymierających gatunków. Góra jest obecnie pod ochroną w ramach Nat ma Taung National Park utworzonym w 1994 roku.

W drodze na Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

W drodze na Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Opuszczamy Aye Camp i jedziemy pół godziny do punktu startowego naszego trekkingu trochę na wyrost nazywanym base campem. Idziemy przez jakieś dwie godziny drogą, która naprzemiennie pnie się w górę i opada w dół. Szlak jest łatwy, a jego pokonanie nie sprawia nam wiele wysiłku. Widoki nie różnią się bardzo od tych, którymi od jakiegoś czasu cieszymy się w stanie Chin, ale i tak zatrzymujemy się co jakiś czas, aby złapać oddech, pstryknąć fotkę, albo powąchać świeżo zakwitnięty czerwone rododendrony (różaneczniki). Szczyt góry jest płaski, a jego najbardziej charakterystyczne elementy to mała stupa oraz słup wskazujący najwyższy punkt. Jemy przygotowany wcześniej lunch i cieszymy się widokiem. Ładnie tutaj, choć widok nie powala., gdyż niespecjalnie różni się od tego, co widzieliśmy od początku trekkingu. Nasz przewodnik twierdzi, że możemy stąd zobaczyć Indie i Bangladesz. Biorąc pod uwagę, że przez cały dzień przekonywał nas, że Mt. Victoria ma 3,500 metrów, wkładamy tę informację między resztę jego bajek. Wdrapanie się na 3,053 metrów zostawia nas jednak z pewnym poczuciem satysfakcji zwłaszcza, że nie jesteśmy profesjonalnymi górołazami.

Prawie na szczycie! Fot. Życie w tropikach

Prawie na szczycie! Fot. Życie w tropikach

Schodzimy do naszych jeepów i jedziemy w dół “Drogą Śmierci” aż do Kanpetlet. Mijamy będący w budowie “Sky Hotel”, który prawdopodobnie będzie najlepszym zakwaterowaniem w okolicy i docieramy do Pinewood Villas – najlepszego hotelu w jakim spaliśmy podczas tej wyprawy. Inna opcja to Oasis Resort, który ma o wiele więcej pokoi niż jego siostrzany hotel w Mindat. Standard bungalowów wydaje się być wyższy niż w Mindat i porównywalny do naszego. Nasz przewodnik prosi o 3,000 dżatów na darowiznę dla lokalnych władz imigracyjnych i jedzie z naszymi dokumentami, aby obwieścić nasze przybycie. Cieszymy się pierwszym ciepłym prysznicem od kilku dni, jemy zjadliwą kolację i płacimy przewodnikowi, jako że nie planujemy jutro korzystać z jego usług. Po raz pierwszy nikt nie chrapie w sąsiednim pokoju i cieszymy się relatywnie spokojnym snem.

Jeszcze jedna kobieta ze stanu Chin. Fot.: Hla Maung (Lama)

Jeszcze jedna kobieta ze stanu Chin. Fot.: Hla Maung (Lama)

Kanpetlet jest domem dla południowych plemion Chin takich jak Dai, Upu i Ya. Główna różnica między nimi to wzory tatuaży na kobiecych twarzach. Pinewood Villas zlokalizowany jest kawałek nad miasteczkiem. Schodzimy na dół, aby zobaczyć więcej wytatuowanych kobiet i samo miasteczko. Tym razem nasz przewodnik się nie mylił – w Kanpetlet nie ma absolutnie nic do roboty i oglądania poza tym co już robiliśmy i oglądaliśmy w pozostałych częściach stanu Chin lub innych miejscach w Birmie. Spędzamy resztę dnia relaksując się w hotelu.

Ostatniego dnia naszej wycieczki jedziemy do Bagan przez kolejne siedem godzin. Droga jest tu jeszcze gorsza niż na odcinku z Bagan do Mindat. Asfalt występuje tylko miejscami, a każdy przejeżdżający pojazd, wliczając w to także nasze własne generuje tumany kurzu. Mijamy kilka wiosek i jemy najgorszy lunch, jaki jedliśmy w naszym birmańskim życiu w jednej z nich. Wiesz, że jesteś w tarapatach, gdy Twoje curry z kurczakiem jedzie rybą… Docieramy do Bagan późnym popołudniem podziwiając po drodze wyrąb lasów tekowych i szyby naftowe w Chauk po przekroczeniu rzeki Irrawaddy. – Cała ropa stąd płynie prosto do Chin – mówi jeden z naszych kierowców.

Przyjazd do Bagan kończy naszą wyprawę do stanu Chin – najbardziej interesującego, fascynującego i wyzywającego regionu w jakim kiedykolwiek byłem w Birmie. Wypożycz jeepa i zjeździj go dokładnie zanim się zmieni wraz z napływem hord turystów.

Odkrywanie stanu Chin: „Droga Śmierci”

Opuszczamy Mindat i jedziemy w kierunku “bardzo niebezpiecznej drogi, po której tylko kierowcy ze stanu Chin nie boją się jeździć.” Krótki przystanek przed domem naszego przewodnika, aby upakować masę podejrzanych zapasów na dachy naszych jeepów i jesteśmy gotowi do drogi. Nasz przewodnik jest bratem kolesia, który był naszym przewodnikiem wczoraj i za bardzo się nie popisał. Małe miasteczko. Jedziemy w dół stromej, wąskiej i wyboistej drogi z górą po jej jednej stronie i głęboką przepaścią po drugiej. Nasza średnia prędkość nie przekracza 20 km/h. Dziewczyny w naszej grupie wystawiają nogi na zewnątrz szykując się do wyskoczenia jeśli zajdzie taka potrzeba. Robię zdjęcia w oczekiwaniu na początek naprawdę niebezpiecznej drogi.

"Droga Śmierci" w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

„”Droga Śmierci” w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Nasi naćpani betelem kierowcy jadą pewnie śpiewając birmańskie piosenki jakże nieznośne dla zachodniego ucha. Zatrzymujem się dwa razy. Raz, aby usunąć drzewo blokujące drogę. Drugi raz, aby poczekać aż grupa tubylców naprawi ciężarówkę, która zepsuła się na środku blokując 3/4 drogi. Czekamy około kwadransa, by podjąć decyzję o próbie przeciśnięcia się między ciężarówką a przepaścią. Dziewczyny nie podzielają naszego entuzjazmu i decyduja się iść za jeepami. Ostatecznie docieramy do “wstydliwej” wioski (Shame Village), gdzie jest punkt startowy naszego krótkie trekkingu do Kyar Do – podobno najbardziej tradycyjnej wioski w stanie Chin.

Wioska Kyar Do. Fot. Życie w tropikach

Wioska Kyar Do. Fot. Życie w tropikach

Idziemy w dół przez około godzinę podziwiając spektakularną scenerię, na którą składają się małe drewniane domki porozrzucane bez ladu i składu na stromych wzgórzach. – Tradycyjne domy ludzi Chin mają dwie pary drzwi: jedne od frontu, a drugie z tyłu. Dla ochrony przed dzikimi zwierzętami i innymi wrogimi plemionami. – wyjaśnia nasz przewodnik. – Jeśli ktoś zapuka albo zderzy się z frontowymi drzwiami, żona pójdzie otworzyć i sprawdzić o co chodzi. To da mężowi czas na ucieczkę przez tylne drzwi! – dodaje przewodnik.

Tradycyjny dom w stanie Chin z czaszkami zwierząt jako dekoracją

Tradycyjny dom w stanie Chin z czaszkami zwierząt jako dekoracją

Przekraczamy niewielką rzeczkę po pniu drzewa, gdzie spotykamy młoda kobietę z tatuażem na twarzy, wioskowego szamana i jego asystenta. Obaj niosą strzelby myśliwskie. Nie wydają się specjalnie przejmować rządowym zakazem polowań jako, że plemię z którego pochodzą trudniło się tym fachem od pokoleń. Pierwszą rzeczą jaką widzimy w wiosce jest płot i słup przy którym wyznający animizm wieśniaki (młodsze pokolenie to głównie chrześcijanie) dokonują rytualnych mordów zwierząt od czasu do czasu. Ceremonia poświęcenia zwierzaka jest z reguły szybka i bezbolesna. Zwierzęta są przywiązywane do słupa lub płotu, a następnie zastrzelone z łuku ku ogromnej radości zgromadzonych. Poświęcone zwierzę jest następnie zjadane. Chodzimy przez chwilę wokół tradycyjnych dwudrzwiowych domów udekorowanych czaskami poświęconych i upolowanych zwierząt.

Szaman i myśliwy jednym z wioski Kyar Do w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Szaman i myśliwy jednym z wioski Kyar Do w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Wioskowy sołtys zaprasza nas do swojego domu na lunch, który przytargaliśmy ze sobą aż z Mindat. Siedzimy na podłodze wokół dużego, niskiego, drewnianego stołu i cieszymy się pozbawionym smaku gotowanym ryżem ze zbyt dużą ilością warzyw i zdecydowanie za małą ilością mięsa. Krótka konwersacja z rodziną wykazuje, że jedna z dziewczyn krzątających się po domu pracowała w Singapurze, ale wróciła by pogrzebać swojego ojca, który ostatnioi zmarł w szpitalu w Mindat. Mimo uderzającego kontrastu jaki dzieli antyczną wioskę i nowoczesny Singapur, dziewczyna nie jest pewna czy ponownie wyjedzie za granicę. Dowiadujemy się, że tubylcy kasują niewielką “opłatę za aparat” od turystów w desperackiej próbie uzbierania 5,000 dolarów na rekonstrukcję mostu na rzece, który został zmyty w trakcie ostatniej porze deszczowej. Wierzą, że uda im się odbudować most przed kolejnym monsunem, który nadejdzie już w czerwcu, choć mają na razie mniej niż 1,000 dolarów. Jako reprezentanci biura podróży nie zostajemy poproszeni o “opłatę za aparat”. Mimo to zostawiamy mamy nadzieję liczącą się darowiznę, co zostaje skrupulatnie zanotowane w specjalnie przeznaczonym do tego zeszycie. Wracamy do naszych jeepów zahaczając po drodze o tradycyjny cmentarz podobny do tego, który widzieliśmy wczoraj. Ten jednak podobno ma aż 700 lat. Spotykamy więcej wytatuowanych kobiet. Najmłodsza ma zaledwie 18 lat, co oznacza, że tradycja będzie najpewniej kultywowana mimo rządowego zakazu.

Kobieta Chin z tatuażem na twarzy. Fot. Życie w tropikach

Kobieta Chin z tatuażem na twarzy. Fot. Życie w tropikach

Ostatnie pół godziny jazdy upewnia mnie, że “Droga Śmierci” nie jest nawet w połowie tak niebezpieczna jak zapewniano nas w Mindat. Prawdę mówiąc tak długo jak samochód jest sprawny, a kierowca nie jest nawalony (betel się nie liczy!) to nie ma się czym przejmować. Mężczyźni w naszej grupie są mocno zawiedzeni. Kobiety nie podzielają naszego zawodu i uważają, że droga rzeczywiście była dosyć straszna.

Ostatecznie docieramy do Aye Camp położonego na stoku góry na wysokości 1796 metrów. Camp to właściwie jeden duży, drewniany dom oferujący sześć prostych pokoi z materacami i bardzo grubymi kocami. Azjatycka (kucana) toaleta jest a zewnątrz. Oglądamy niesamowity zachód słońca i odnotowujemy znaczący spadek temperatury. Termometr w zaimprowizowanej jadłodalni wskazuje 11 stopni Celsjusza. Po kilku latach w temperaturach rzadko spadających poniżej 30 stopni, czuję się jakbym zamarzał na śmierć. Miła obsługa campu gotuje dla nas wodę na gorący prysznic. To miła odmiana po Victoria Guesthouse w Mindat. Nasz przewodnik przygotowuje smakowitą wielodaniową kolację po której zawijamy się w nasze koce i zasypiamy w naszych królewskich komnatach. Jutro wspinamy się na szczyt Mount Victoria.

Odkrywanie stanu Chin: Mindat

Kobiety z wytatuowanymi twarzami, tradycyjne wioski myśliwskie i rytualne mordowanie zwierząt to tylko niektóre z atrakcji, jakich możecie doświadczyć w stanie Chin. To najbiedniejszy, najbardziej fascynujący i najpiękniejszy region w Birmie, jaki do tej pory widziałem. Jest surowy, trudny i autentyczny. Teraz gdy rząd otworzył go dla turystów i pozwolenie na wjazd nie jest wymagane, nie macie więcej wymówek, aby się tam nie wybrać. Dziś zabieram Was do Mindat, fajnego miasteczka z widokiem na góry Chin.

Pierwsza fotka z kobietą dumnie prezentującą tatuaż na twarzy. Bazar w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Pierwsza fotka z kobietą dumnie prezentującą tatuaż na twarzy. Bazar w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Dwa stare jeepy “Made in Myanmar” czekają na nas przed Kumudara Hotel o szóstej rano. Jedziemy na lotnisko w Nyaung U, aby odebrać jeszcze jedną osobę z naszej w sumie czteroosobowej ekipy. Wschodzące słońce rzuca miękkie światło na setki starych świątyń w Bagan. Widziałem to przynajmniej z 12 razy, ale widok nie przestaje mnie cieszyć. Krótki postój na lotnisku i już jesteśmy na drodze do tajemniczego stanu Chin. Zatrzymujemy się w Pakokku, jakieś 30 kilometrów na północ od Bagan, aby rzucić okiem na lokalną pagodę nad rzeką. Poza tym widoczkiem Pakokku wydaje się być kolejnym typowo birmańskim miasteczkiem z żywiołowym bazarem i kilkoma pagodami. Przejeżdżamy po słynnym moście Pakokku nad potężnie rozlaną rzeką Ayeyarwaddy i kontynuujemy podróż w kierunku stanu Chin. To siedem godzin jazdy z Bagan po dziurawej drodze, kompletnych bezdrożach, wysuszonych korytach rzek i płytkich stawach.

Widok Bagan, który nigdy mi się nie znudzi. Fot. Życie w tropikach

Widok Bagan, który nigdy mi się nie znudzi. Fot. Życie w tropikach

Ostatnie 18 kilometrów naszej podróży nagradza nas spektakularnym widokiem na góry stanu Chin. Wąska, wyboista droga wspina się stromo do Mindat – jednego z niewielu śladów cywilizacji w stanie Chin. Głównie drewniane budynki w różnym stanie destrukcji wiszą sobie leniwie na zboczu góry po jednej stronie drogi. Wszystkie z nich mogłyby być wspaniałymi hotelami oferującymi zapierający dech w piersiach widok na góry na horyzoncie. Zatrzymujemy się przy budynku oznaczonym na niebiesko jako “FOREIGN INFORM” i witamy sie z lokalnymi władzami imigracyjnymi. Poważnie wyglądający urzędas przegląda nasze paszporty, pozwolenia na wjazd i kopie wymienionych troszkę dłużej niż powinien. Zdaje się nie zauważać koperty z dotacją dla jego niskoopłacanej placówki, bawi się jeszcze przez chwilę naszymi dokumentami i ostatecznie wpuszcza nas do swojego małego królestwa.

Wzgórza w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Wzgórza w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Zakwaterowanie w Mindat jest bardzo ograniczone i podstawowe. Na Oasis Resort składają się dwa proste bungalowy (trzeci jest w trakcie budowy), które oferują cudowne widoki na okolicę, trochę prywatności i łazienki z gorącą wodą, o którą należy poprosić z półgodzinnym wyprzedzeniem. Bungalowy chodzą po US$80. Mimo, iż nie są warte więcej niż US$10-15, pokoje są zarezerwowane na kilka dni do przodu w związku ze świętem narodowym mniejszości Chin. (Chin National Day). Zatrzymujemy się przy słabo wyglądającym rządowym guesthousie, który wydaje się być zamknięty i jeszcze jednym oferującym małe, surowe i podstawowe pokoje. Śmierdząca, ciemna i brudna toaleta jest na zewnątrz. Aby się do niej dostać trzeba przejść obok klatek ze świniami i innymi zwierzętami. Pokój kosztuje US$40.

Wnętrze pokoju w Oasis Resort. Fot. Życie w tropikach

Wnętrze pokoju w Oasis Resort. Fot. Życie w tropikach

Ostatecznie docieramy do Victoria Guesthouse – drugiego najlepszego miejsca zakwaterowania w Mindat, gdzie mamy opłaconą rezerwację na trzy noce za US$40/noc. Victoria Guesthouse oferuje małe pokoje z niewygodnymi łóżkami i jeszcze gorszymi poduszkami oraz cienkimi drewnianymi ścianami, które nie są zaletą, gdy pozostałe pokoje zajęte są przez gadających, śpiewających, chrapiących i charchających birmańskich lunatyków. Doceniamy grube, brudne koce po lodowatym prysznicu, gdy temperatura na zewnątrz i w środku spada do około 10 stopni Celsjusza.

Wieczorem wychodzimy na kolację do domowej restauracji kilka drzwi obok. Mieszkańcy stanu Chin mają swój własny język, ale udaje nam się zamówić kurczaka w sosie ostro-kwaśnym, świnię na słodko-kwaśno, rozgotowane warzywa, ryż i piwo Myanmar kombinacją mojego żałosnego birmańskiego, angielskiego i mowy ciała. Niespodziewanie odwiedza nas urzędnik imigracyjny (inny niż poprzedni), przedstawia się i pyta o mnie. Wyjaśnia, że potrzebuje numer mojej wizy. Wymieniamy numery telefonów, a ja obiecuję wysłać mu smsa, gdy wrócę do guesthouse’u po paszport. Postanawiam zapomnieć, że w biurze imigracyjnym zostawiłem przynajmniej pięć kopii swojego paszportu i wizy…

Mindat. Fot. Życie w tropikach

Mindat. Fot. Życie w tropikach

Następnego dnia idziemy na śniadanie na lokalnym bazarze. Targ jest mały, autentyczny i prymitywny. To tutaj widzimy pierwszą starą kobietę z twarzą pokrytą tradycyjnym, zielonym tatuażem. Pijemy zieloną herbatę i jemy kilka samos z rozwodnionym sosem chili w jednym z bazarowych teashopów, gdy podchodzi do nas młody chłopak w obdartym i brudnym ubraniu z gębą pełną czerwonego betelu. Chłopak przedstawia się jako nasz przewodnik. Informuje nas, że nasza firma go wynajęła, aby się nami zajmował. Wiedział, że pracujemy dla Tour Mandalay, ale nie był w stanie podać ani imienia ani numeru telefonu osoby, która dzwoniła. Zapytany, które biuro do niego zadzwoniło, powiedział że to z Mandalay. Było zapewne oczywiste dla niego, że Tour Mandalay jak nazwa wskazuje musi mieścić się w Mandalay, choć to zaledwie jedno z naszych czterech regionalnych biur. Poza tym wycieczkami do stanu Chin zarządzamy z biura w Bagan, które poinformowało nas, że musimy lokalnego przewodnika znaleźć sobie sami. Ten chciał 30,000 dżatów za dzień, co było zdzierstwem jak na lokalnego, niewykwalifikowanego przewodnika bez licencji ze słabym angielskim. Miał w sobie też coś takiego, że nie polubiliśmy go od samego poczatku. Siedzimy w ciszy przez kilka minut, aż nasz niedoszły przewodnik wstaje i siada ze swoimi przyjaciółmi przy innym stole.

Wytatuowane kobiety w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Wytatuowane kobiety w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Gdy tylko opuszczamy bazar, “nasz” przewodnik zaczyna nas śledzić. Odwracam się i informuję, ze muszę zadzwonić do naszego biura w Bagan i potwierdzić czy go przysłali, żeby się nami zajął. Miał minę zbitego psa i był gotowy odpuścić nie dlatego, że nas okłamal, ale dlatego że został na tym kłamstwie złapany. Wracamy do Victora Guesthouse, aby zostawić nasze kurtki, jako że temperatura zaczęła rosnąć o więcej niż 5 stopni na godznę. Nie dzwonię do biura będąc pewnym, że koleś już stracił twarz i zniknie tak szybko jak się pojawił. Ku naszemu zaskoczeniu czekał na nas przed Victoria Guesthouse! Na tym etapie zaczęło mi być go szkoda i decyduję się zapłacić mu 20,000 dżatów. Dzwonimy po nasze jeepy. Z niejasnych powodów nasz przewodnik bierze ze sobą dwóch przyjaciół, co denerwuje jednego członka naszej ekipy. Dzieląc ograniczone miejsca w jeepach z przewodnikiem i dwoma niepotrzebnymi pasażerami, ruszamy w kierunku jednej z lokalnych tradycyjnych wiosek stanu Chin.

Opuszczamy główną drogę i zjeżdżamy w dół. Góra jest po naszej prawej stronie. Głęboka, gotowa nas połknąć przepaść jeśli kierowca popełni choćby najmniejszy błąd jest po naszej lewej. Uśmiecham się jak szaleniec próbując robić zdjęcia. Dziewczyny w naszej grupie wystawiają nogi na zewnątrz gotowe wyskoczyć z jeepa, gdy coś pójdzie nie tak. Na szczęście nasz betelowo otumaniony kierowca nie popełnia żadnego błędu i po pół godzinie docieramy do punktu startowego naszego krótkiego spaceru do wioski Pan Olk. Widzimy więcej tradycyjnych drewnianych domów, spotykamy kilka kobiet z tatuażami na twarzach, które chętnie pozują w zamian za napiwek. Najbardziej surrealistyczny obrazek to starożytny cmentarz składający się z kilkudziesięciu dziwnych nagrobków. Nasz przewodnik daje radę wytłumaczyć nam, że mieszkańcy wioski palą ciała i trzymają prochy zmarłych pod tymi nagrobkami.

Tradycyjny cmentarz Chin. Fot. Życie w tropikach

Tradycyjny cmentarz Chin. Fot. Życie w tropikach

W drodze powrotnej chcemy odwiedzić kobietę, która gra na flecie za pośrednictwem swojego nosa (!), ale niestety nie ma jej w domu. Płacę przewodnikowi i odmawiam umówienia się z nim konkretnie na jutro. Idę na spacer do biura imigracyjnego na wszelki wypadek wręczyć im kolejną kopię mojej wizy. Wieczorem wracamy do “naszej” restauracji po więcej pysznego kurczaka w sosie ostro-kwaśnym. Spotykamy australijska parę, która właśnie przyjechała z Kanpetlet – innego miasteczka w stanie Chin. Towarzyszy im szef lokalnych przewodników. Nasz poczatkowy plan zakładał jechanie prosto do Kanpetlet pojutrze, jako że jutro jest Chin National Day.

– Nie jedźcie bezpośrednio do Kanpetlet. Jedźcie najpierw do Mount Victoria i zostańcie w naszym campie. Droga jest bardzo niebezpieczna… ale piękna i znacznie krótsza niż przez Kanpetlet. Mogę Wam dać przewodnika i samochód z kierowcą, który zna tę drogę. Nazywamy ją tu “Drogą Śmierci”. – mówi lokalny szef przewodników.

– Dobry przewodnik by się przydał. Ale mamy swoje jeepy i kierowców z Bagan – odpowiadam.

– Kierowcy z Bagan tam nie pojadą. Boją się tej drogi. – naciskał ewidentnie próbując wcisnąć nam swoje usługi.
Nasi kierowcy tam nie pojadą? Ha ha, on nie zna naszych kierowców! Mimo, że panie w naszej ekipie nie podzielały naszego entuzjazmu wobec zmiany trasy, decyzja została podjęta, gdy usłyszeliśmy “droga śmierci”, “niebezpieczna” i “boją się”. “This is we like!” jak zaczęliśmy mawiać w birmańskim angielskim…

Moja wyprawa do stanu Chin odbyła się pod koniec lutego 2013. W dniu 6 marca, 2013, części stanu Chin zostały otwarte dla turystów i rządowe pozwolenie na wizytę nie jest już wymagane. Najłatwiej poruszać się po stanie Chin wynajmując prywatnego jeepa z kierowcą w Bagan. Do Mindat można się także dostać wątpliwej jakości autobusem z Mandalay (12 godzin). Tutaj można zorganizować przewodnika, samochód i/lub motor na dalszą wyprawę.

Gdzie można pojechać w Birmie?

Większość turystów przybywających po raz pierwszy do Birmy skupia się na tak zwanej „wielkiej czwórce”: Yangon, Bagan, Mandalay, Inle Lake, czasem rozszerzając swój pobyt o plażę Ngapali lub jedną z kilku innych lokacji przyjaznych dla podróżujących. Jednym z najczęściej zadawanych pytań i problemów jest ustalenie, gdzie tak naprawdę można pojechać w Birmie bez pozwolenia, a gdzie takie pozwolenie jest wymagane. W ubiegłą środę rząd przysłał nam fax z informacją o zmianach w otwartych i zamkniętych regionach. Z pomocą mojego birmańskiego asystenta udało nam się skompilować dla Was te informacje.

Source: wikitravel.org

Źródło: wikitravel.org

Generalnie rząd dzieli Birmę na trzy kategorie:

1. Tereny, gdzie pozwolenie nie jest wymagane
2. Tereny, gdzie pozwolenie nie jest wymagane, gdy nie opuszczamy miasta
3. Tereny, gdzie pozwolenie jest bezwzględnie wymagane.

W przypadku punktu trzeciego o pozwolenie najłatwiej starać się poprzez biuro podróży. Większość biur podróży jest w stanie wystąpić o przyznanie pozwolenia, o ile wykupimy u nich wycieczkę w ten właśnie rejon. Pakiet generalnie składa się z przelotu/przejazdu do punktu startowego, zakwaterowania, lokalnego transportu (np. jeepa, gdy wymagany) oraz przewodnika. Lekkoduszni włóczykije, którzy gardzą zorganizowanymi wycieczkami, nie mają tutaj czego szukać. Należy pamiętać jednak, że i tak wszystkie powyższe elementy będą nam potrzebne. Może więc nie warto bić piany, zostawić trudną część ekspertom i zaprzyjaźnić się z przewodnikiem?

Oto tabelka mam nadzieję jasno przedstawiająca, gdzie można udać się w Birmie bez pozwolenia, a gdzie ów pozwolenie jest wymagane:

Pozwolenie nie jest wymagane
Pozwolenie nie jest wymagane, gdy nie opuszczamy miasta
Pozwolenie bezwzględnie wymagane
Stan / Dywizja Miasto
Stan Kachin
Myitkyina (Myintgyinar) Putao Nogmung (Naungmoon)
Bhamo (Bamaw) Machanbaw Kawnglanghpu (Kaunglanfu)
Shwegu Mansi Sumprabum
Mogaung Momauk Hpakant (Hpakan, Farkent)
Mohnyin Waingmaw Tanai (Tanain)
Injangyang
Chipwi (Chibwe)
Tsawlaw (Sawlaw)
Stan Kayah
Loikaw Demawso Shadaw
Pruhso Hpasawng
Bawlakha
Maisal
Stan Kayin (Karen) Hpa-an Kawkareik (Kawkareit) Kyain Seikgyi (Kyainseikkyi)
Myawaddy (Myawadi) Hlaingbwe (Hlinebwe) Papun (Phapun)
Thandanggyi (Thantaunggyi)
Stan Chin
Kanpetlet (Kanpatlat) Tedim (Tiddim, Teetain) Paletwa
Mindat (Minthet) Ton Zang (Htonzan) Matupi (Matupe)
Falam (Phalam)
Thantlang (Htantlang)
Hakha (Haka, Harkhar)
Stan Mon
Mawlamyaing
Bilin
Kyaikmaraw
Chaungzon
Thanbyuzayat
Kyaikkami
Mudon
Ye
Thaton
Paung
Kyaikto
Mottama
Stan Rakhine (Arakan) Kyaukpyu Maungdaw
Manaung Buthidaung
Ramree
Ann
Kyauktaw
Sittwe (capital)
Pauktaw
Ponnagyun
Myebon
Minbya
Mrauk-U
Rathedaung
Gwa
Toungup
Thandwe (Ngapali)
Stan Szan
Techilelk Kunlong Nansang
Kalaw Kyaukme Mantong
Hsi Hseng Namtu Mong Nai
Nyaungshwe Mong Pan
Taunggyi Mabein Mawkmai
Pindaya Mongmit Mong Kai
Pinlaung Hsipaw
Ywangan Kengtong Kyethi
Mong Khet
Hopong Mong Yang Mong Hsu
Kutkai
Nanhkan Pekon
Mu Se Mong Hsat
Lashio Mong Ping
Mong Tong
Mong Hpayak
Mong Yawng
Tangyan
Mongyai
Hseni
Laukkaing
Kunhing
Namhsan
Lai-Hka
Loilen
Hong Pai
Dywizja Sagaing
Kalaymyo Khamti
Kalewa Homalin
Mingin Phaungbyin
Katha Mawlaik
Kawlin Nanyun
Htigyaing Leshi
Bamauk Lahe
Pinlebu
Wuntho
Indaw
Sagaing
Myinmu
Myaung
Tamu
Kani
Chaung-U
Salingyi
Pale
Budalin
Monywa
Yinmabin
Ayadaw
Kanbalu
Kyunhla
Khin Oo
Tantsal
Dabayin
Yae U
Shwebo
Wetlet
Dywizja Tanintharyi
Kawthaung
Dawei
Yebyu
Longlon
Thayetchaung
Taninthayi
Palaw
Myeik
Bokpyin
Kyunsu
Dywizja Bago
Kyaukkyi
Taungoo
Htantabin
Phyu
Yedashe
Oktwin
Kawa
Kyauktaga
Nyaunglebin
Daik-U
Bago
Shwegyin
Waw
Padaung
Paukkhaung
Letpadan
Paungde
Pyay (formerly Prome)
Shawdaung
Thegon
Gyobingauk
Zigon
Nattalin
Minhla
Monyo
Letpadan
Thayarwaddy
Okhpo
Dywizja Magway
Wszystkie miasta
Dywizja Mandalay
Wszystkie miasta Mogok
Yangon Division Wszystkie miasta Cocokyun
Dywizja Ayeyarwady (Irrawaddy) Wszystkie miasta
Nay Pyi Taw
Nay Pyi Taw Pyinmana
Tatkon
Lewe
Zayyarthiri
Zabuthiri
Dekkhinathiri
Pobbathiri
Ottarathiri

Mam nadzieję, że powyższe informacje okażą się dla Was przydatne w planowaniu podróży do Birmy. Jeśli macie jakieś pytania, pytajcie proszę w komentarzach, a odpowiem najlepiej i najszybciej jak będę umiał. Być może Wasze pytania i moje odpowiedzi pomogą innym w planowaniu wakacji życia!

National Chin Day

Ostatnie 12 mil naszej całodziennej podróży po dziurawej drodze i jej braku, przez wysuszone na wiór koryta rzek i małe stawy wynagradza nas spektakularnym widokiem na wzgórza w stanie Chin. Wąska wyboista droga wspina się stromo do Mindat – stolicy stanu i jednej z niewielu ostoi cywilizacji w okolicy. Głównie drewniane budynki w różnym stanie stoją na wzgórzu po jednej stronie drogi. Wszystkie mogły by być perfekcyjnymi hotelami oferującymi zapierające dech w piersiach widoki na góry.

W drodze do stanu Chin. fot. Życie w tropikach

W drodze do stanu Chin. fot. Życie w tropikach

Zatrzymujemy się przy jednym z nich z niebieską tabliczką “FOREIGN INFORM”, aby obwieścić nasze przybycie lokalnym władzom imigracyjnym. Na drewnianym stole za którym siedzi poważnie wyglądający urzędnik imigracyjny kładziemy nasze paszporty, pozwolenia na wjazd do stanu oraz kopertę z darowizną. Urzędas przekłada nasze dokumenty kilka razy, by ostatczenie wpuścić nas do swojego małego królewstwa.

Widoki w okolicach Mindat. fot. Życie w tropikach

Widoki w okolicach Mindat. fot. Życie w tropikach

Nasz kolejny przystanek to Victoria Guesthouse – jeden z czterech “hoteli” posiadających licencję na goszczenie zagranicznych turystów i być może jedno z czterech miejsc do spania w Mindat w ogóle. Guesthouse oferuje małe pokoje z niewygodnymi łóżkami, jeszcze gorszymi poduszkami i cienkimi drewnianymi ścianami, co nie jest zaletą, gdy pozostałe pokoje okupowane są przez gadających, śpiewających, chrapiących i charchających birmańskich lunatyków. Doceniamy grube, brudne koce po wzięciu lodowatego prysznica po tym, gdy górska bryza obniża temperaturę na zewnątrz do 10 stopni Celsjusza.

Victoria Guesthouse. fot. Życie w tropikach

Victoria Guesthouse. fot. Życie w tropikach

Lokalny bazar jest autentyczny i surowy. To tutaj spotykamy pierwsze stare kobiety, których twarze pokryte są tradycyjnymi, zielonymi tatuażami. Tradycja pochodzi z czasów gdy królowie porywali najpiękniejsze kobiety na swój dwór. Aby chronić się przed nieznanym losem królewskiej nałożnicy, kobiety oszpecały się tatuując sobie twarze. Inna wersja historii mówi o lokalnym wierzeniu, że jedynie kobiety z tatuażami mogą po śmierci przekroczyć wrota prowadzące do mitycznej góry Mounu. Lonely Planet i niektóre inne przewodniki informują, że tradycja skończyła się kilka generacji temu i zginie wraz ze śmiercią ostatnich starych kobiet. Rząd centralny zakazał tatuowania twarzy jakiś czas temu, choć w stanie Chin i w niektórych wioskach w północnym stanie Rakhine nadal można spotkać wiele wytatuowanych kobiet. Najmłodsza, którą spotkaliśmy miała zaledwie 18 lat. Wygląda więc na to, że tradycja nigdzie się nie wybiera przez najbliższe dekady.

Kobiety z tatuażami na twarzach. fot. Życie w tropikach

Kobiety z tatuażami na twarzach. fot. Życie w tropikach

Pijemy zieloną herbatę i jemy po kilka samos z rozwodnionym sosem chili w jednym z teashopów na bazarze, gdy dociera do nas nieznajomy hałas, który może być lokalną muzyką. Kilka minut później kolorowa parada mężczyzn i kobiet w tradycyjnych kostiumach Chin maszeruje główną drogą. Ignorujemy młodego mężczyznę, który oświadczył, że jest naszym przewodnikiem i zażądał 30,000 dżatów za dzień i przyłączamy się do parady. Grupa zmierza na pole przed niewielką buddyjską pagodą, na którym lokalsi często grają w piłkę nożną. Jest 20 lutego – National Chin Day.

Parada z okazji National Chin Day. fot. Życie w tropikach

Parada z okazji National Chin Day. fot. Życie w tropikach

Grupy mężczyzn, kobiet i dzieci w kolorowych strojach przybywa jedna po drugiej na boisko robiąc wiele hałasu. Turyści, których można policzyć na palcach jednej ręki biegają z aparatami w towarzystwie lokalnych dziennikarzy. Po porannej paradzie atmosfera robi się lżejsza. Jesteśmy świadkami konkursu tradycyjnego tańca, meczu piłki nożnej i śpiewania pomiędzy stoiskami z jedzeniem i piwem. AustralianAid przez chwilę udaje, że pomaga ludziom zamiast promować narodowe interesy kraju. Organizacja sponsoruje wystawę promującą równouprawnienie kobiet i bezpieczny seks. Rechoczące dzieci biegają między plakatami demonstrującymi jak założyć kondoma na banana, że można się masturbować bez gumki, oraz że lizanie banana powinno odbywać się jedynie przez prezerwatywę.

Instrukcja obsługi kondoma w wykonaniu Australijczyków. fot. Życie w tropikach

Instrukcja obsługi kondoma w wykonaniu Australijczyków. fot. Życie w tropikach

Wydarzenie roku rozpoczyna się nieśmiało 19 lutego i trwa do 21 lutego, choć apogeum przypada na 20 lutego każdego roku. Przez resztę roku Mindat to senne, górskie miasteczko. Jego surowość i autentyczność stanowi perfekcyjną bazę wypadową dla podróżników szukających przygody przez cały rok. Chin State to jeden z najbiedniejszych, najpiękniejszych i najciekawszych stanów jaki widziałem. O tym dlaczego tak jest, opowiem Wam w następnych wpisach.

Tajlandia – miłość, seks i zdrada

Tajlandia — tropikalny raj z pięknymi plażami i krystalicznie czystą wodą, mekka nisko- budżetowych turystów podróżujących z plecakami, kraina niewygórowanych cen i… wszelkiego rodzaju uciech cielesnych, a także rozmaitych uniesień duchowych. Kolorowe tło dla przygód rodem z filmów. Miejsce, w którym każdy nas chciałby zamieszkać albo przynajmniej tak mu się wydaje. Wam również? Marek Lenarcik porzucił korporacyjne życie i deszcze w Irlandii na rzecz tropików. Czy było warto? Czy raj na ziemi nie okazał się piekłem?

Kliknij w obrazek poniżej, aby przeczytać artykuł!

polska gazeta

2012: Rok rewolucji

Rok 2012 był rokiem rewolucji. Znów zmieniłem kraj zamieszkania (raz) i robotę (dwa razy). Importowałem dziewczynę z innego kontynentu. Podróżowałem jak szalony spędzając znaczną część roku w drodze. Ale cofnijmy się do początku i przyjrzyjmy się jak minął trzeci rok „Życia w tropikach”.

A group of spoiled children from one of the top private schools in Singapore. Nomad Adventure Camp, Gopeng, Malaysia. Photo: Life in the Tropics

Grupa rozpieszczonych dzieciaków z jednej z najlepszych prywatnych szkół w Singapurze na campie Nomad Adventure w Gopeng, w Malezji. Styczeń 2012. fot. Zycie w tropikach

Styczeń – Spędziłem miesiąc na odnajdywaniu siebie z powrotem w Azji po intensywnych ośmiu miesiącach w Ameryce Południowej. Dostałem pracę w HLC w Kuala Lumpur.  Prawie podpisałem dwuletni kontrakt, gdy pojawiła się kolejna okazja. Zanim się zorientowałem zostałem nowym Business Development Manager Nomad Adventure.

One of many signs welcoming you outside of the airport in Yangon. February 2012. Photo: Life in the Tropics.

Jeden z wielu znaków powitalnych po wyjeździe z lotniska w Yangonie, byłej stolicy Birmy. Luty 2012. fot. Zycie w tropikach

Luty – Nomad Adventure to wspaniała firma. Wygląda jednak na to, że mamy zupełnie rózne podejście jeśli chodzi o nasze wizje przyszłości. Ja liczyłem na kontynuację mojej świeżo rozpoczętej kariery w szeroko pojętej turystyce, podczas gdy dla nich zatrudnienie mnie było szansą dla mnie na wspaniałą przygodę. 10 lat temu bym na to przystał, ale na tym etapie życia chciałem użyć wszystkich moich możliwości, by się rozwijać i mieć decydujący wpływ na rozwój firmy. Rozejrzałem się po rynku i dostałem propozycję zostania Product Manager w Tour Mandalay Birmie. Pod koniec miesiąca przeprowadziłem się do Yangonu.

A street-food vendor on the outskirts of Hsipaw during the local pagoda festival. Northern Shan State, March 2012. Photo: Life in the Tropics

Uliczna sprzedawczyni jedzenia w trakcie festiwalu związanego z lokalną pagodą w okolicach Hspiaw, w północnym stanie Szan, w Birmie. Marzec 2012. fot. Zycie w tropikach

Marzec – Miesiąc aklimatyzacji i krajowych podróży po Birmie. Odwiedziłem północny stan Szan, jezioro Inle i Myanmar Andaman Resort na wyspie Macleod w archipelagu Mergui.

Monk noviciacion

Ceremonia inicjacji młodych mnichów w stanie Mon. Kwiecień 2012. fot. Zycie w tropikach

Kwiecień – Zrobiłem kolejny kurs nurkowania – Advanced Open Water na wyspie Macleod. Wróciłem do Yangonu by zabrać w trasę dwóch reprezentantów jednego z naszych największych klientów (brytyjskie biuro podróży). Razem odwiedziliśmy Golden Rock, Mon State, plażę Ngapali , Bagan, Inle Lake, Loikaw (Kayah State), Złoty Trójkąt. Prawie zapomniałem jak wygląda dom, gdyż w kwietniu spędziłem tam zaledwie kilka dni.

Reunited in Singapore. May 2012. Photo: Life in the Tropics

Zjednoczeni w Singapurze. fot. Zycie w tropikach

Maj przyniósł rewolucję w moim zyciu osobistym. Poleciałem do Singapuru, by odebrać Karen – moją kolumbijską dziewczynę, którą opuściłem w Barranquilli w Grudniu 2011. Po sześciu długich miesiącach spotkaliśmy się w Singapurze, skąd razem polecieliśmy do Birmy.

A cover of my debut book.

Okładka mojej debiutanckiej książki.

Czerwiec był ciężkim miesiącem aklimatyzacyjnym dla Karen. Kultury Kolumbii i Birmy są od siebie tak odległe jak to tylko możliwe. Seksowna, gorącokrwista latynoska przeszła szereg szoków kulturowych w tej spokojnej, mistycznej krainie. Moja debiutancka książka „Tajski epizod z dreszczykiem” ukazała się w Polsce. W Birmie rozpoczęła się pora deszczowa. 

Karen loves Kuala Lumpur. Shall I be jealous? Photo: Life in the Tropics

Karen kocha Kuala Lumpur. Czy powinienem być zazdrosny? Lipiec 2012. fot. Zycie w tropikach

Lipiec – Karen dostała pracę jako Sales Manager odpowiedzialny za rynek latynoamerykański w Tour Mandalay. Skończyły mi się wymówki by zagonić ją do sprzątania i gotowania :-). Wybraliśmy się do Malezji i Singapuru, aby wyrobić jej wizę biznesową, a mi nowy paszport, bo po niespełna trzech latach podróżowania skończyły mi się wolne strony. Moja debiutancka książka zostaje drugą najlepiej sprzedającą się książką w swojej kategorii. Pora deszczowa zaczyna nas irytować.

Exploring Shan State. Photo: Life in the Tropics

Eksploracja stanu Szan w ramach obowiązków służbowych. Sierpień 2012. fot. Zycie w tropikach

Sierpień – Pojechaliśmy razem do Mandalay, Bagan i nad Jezioro Inle w ramach zapoznawania Karen z jej nowym krajem. Moja debiutancka książka nadal utrzymuje się na liście bestsellerów. Pora deszczowa doprowadza nas do szału.

My mother enjoying her time on Ngwe Saung Beach in Myanmar. September 2012. Photo: Life in the Tropics

Moja mama relaksuje się na plaży Ngwe Saung w Birmie. Wrzesień 2012. fot. Zycie w tropikach

Wrzesień – Moja mama odwiedziła nas w Birmie. To była jej pierwsza podróż poza Europę. Wzięliśmy kilka dni wolnego na spokojnej plaży Ngwe Saung. Pod koniec miesiąca poleciałem z Karen na plażę Ngapali, aby zapoznać się z piątą najpopularniejszą destynacją w Birmie. Pora deszczowa jakby mniej dawała się we znaki.

A short break from Myanmar in Brazil. Copacabana Beach, Rio de Janeiro. Photo: Life in the Tropics.

Krótka przerwa od Birmy w Brazylii. Plaża Copacabana, Rio de Janeiro. Październik 2012. fot. Zycie w tropikach

Październik – Niespodziewana podróż do Brazylii, aby promować firmę na targach turystycznych ABAV 2012. Moja ponowna wizyta w Sao Paulo oraz pierwsza w Rio de Janeiro i Brasilii. Karen skorzystała z relatywnej bliskości Kolumbii (zaledwie 8 godzin lotu), by odwiedzić swoją rodzinę.

Taunggyi Ballon Festival. November 2012. Photo: Life in the Tropics.

Taunggyi Ballon Festival. Listopad 2012. Photo: Zycie w tropikach.

Listopad – Wybraliśmy się na Taunggyi Balloon Festival w stanie Szan i spędziliśmy trochę czasu nad jeziorem Inle. Może byliśmy gdzieś jeszcze, ale w związku z tak dużą ilością podróży, w tej chwili nie potrafię sobie przypomnieć. 🙂 Miesiąc zleciał zanim się obejrzeliśmy.

Jason Mraz Live in Myanmar. December 2012. Photo: Life in the Tropics

Jason Mraz na żywo w Birmie. Grudzień 2012. fot. Zycie w tropikach

Grudzień – Zima wreszcie nadeszła. Poranki i wieczory są znacznie chłodniejsze z temperaturą nieprzekraczającą 20 stopni Celsjusza. Pojechałem do Nay Pyi Taw – nowej stolicy kraju i odłączyłem Kasią – moją siostrę od Matrixa. Kasia rzuciła pracę w Microsofcie w Dublinie i wkrótce dołączy do nas w Birmie. Po ponad roku jaki minął odkąd widzieliśmy się po raz ostatni, spotkamy się ponownie w Kuala Lumur, w styczniu 2013. Swięta z Karen spędziliśmy na rajskiej wyspie Macleod. Wpadliśmy także na koncert Jasona Mraza, który był pierwszą zachodnią gwiazdą która kiedykolwiek występowała w Birmie. Nowy Rok powitaliśmy na historycznym, bo pierwszym noworocznym odliczaniu w Yangonie.

Jeśli chodzi o życiowe rewolucje, 2012 ciężko będzie przebić. Nawet decyzja o rzuceniu korporacyjnej pracy w Irlandii i kupieniu biletu do Azji w jedną stronę w 2009 roku wypada blado w porównaniu do wydarzeń ubiegłego roku. Jako, że w roku 2013 nie zamierzam zmieniać krajów, pracy, ani dziewczyn – mój temat przewodni na ten rok to EWOLUCJA. Jaki jest Wasz?

Dolina Zielonego Wzgórza

Słońce wznosi się w górę znad horyzontu rzucając miękkie światło na góry otaczające Kalaw – małą mieścinę w stanie Szan pamiętającą czasy brytyjskiego kolonializmu, a obecnie uchodzącą za trekkingową stolicę Birmy. Rosa spowodowana poranną mgłą skapuje na glebę z wiecznie zielonych, tropikalnych roślin. Temperatura zdaje się rosnąć z każdą minutą. Stary niebieski pick-up marki Dodge wiezie mnie na pace do punktu, gdzie rozpocznie się trekking do Green Hill Valley Elephant & Reforestation Camp.

fot. Życie w tropikach

fot. Życie w tropikach

Ruszamy. Pierwsze dwie godziny to w zasadzie spacer w górach po łatwej, szerokiej drodze. Mimo to zatrzymujemy się kilka razy, by wypełnić ciała szybko parującą wodą i nacieszyć się widokiem na malownicze wioski pełne bambusowych chat położone w dolinach na różnych wysokościach. Wraz ze wzrostem temperatury spowodowanym wybiciem godziny 11.00, zwiększa się także poziom trudności. Szeroka droga zostaje zastąpiona wąską ścieżką pnącą się w górę, tylko po to by następnie opaść w dół. Liście, gleba i kamienie wysuszone na wiór letnim upałem osuwają się spod stóp kilkukrotnie sprawiając, że tracę równowagę i o mal nie zjeżdżam w dół na czterech literach. Idziemy kilkunastosobową grupą, z której większość stanowią trekkingowi przewodnicy, którzy akurat wracają z weekendu z rodziną do obozu. Niespodziewanie jeden z nich staje dęba i zaczyna nerwowo odgarniać nogą liście przed nami. – Czarny skorpion! – krzyczy widząc znak zapytania malujący się na mojej twarzy. Odczekujemy chwilę i ruszamy ponownie.

W drodze do Green Hill Valley Elephant Camp. fot. Życie w tropikach

W drodze do Green Hill Valley Elephant Camp. fot. Życie w tropikach

Ostatnie dwie godziny z prawie sześciogodzinnego marszu to istna mordęga. Jest gorąco i wilgotno, a obciążenie kolan spodowowane kilkusetmetrowym zejściem w dół mocno daje się we znaki. W końcu docieramy do rzeki. Mokrzy od potu, spaleni przez słońce i pogryzieni przez komary, które niewiele sobie robiły z lokalnego kremu na moskity, siadamy na kamieniach, pijemy wodę i czekamy na to, co wydarzy się dalej. Mój firmowy przewodnik, który bardziej zna się rybakach wiosłujących nogami nad Jeziorem Inle niż na trekkingu zdradza objawy odwodnienia i udaru słonecznego.

Wesoły słoń. fot. Życie w tropikach

Wesoły słoń. fot. Życie w tropikach

Z tropikalnego otępienia wyrywa nas trzask łamanych gałęzi. Z lasu wyłaniają się cztery wielkie, ciemno-szare słonie prowadzone przez swoich opiekunków. Z zupełnie nową energią pomagamy kornakom wykąpać i nakarmić te majestatyczne ssaki. Następnie wskakujemy na ich grzbiety i jedziemy na lunch do Green Hill Valley. Po drodze mijamy dwóch pastuchów prowadzących stado krów. – Za trzy dni nielegalnie przekroczą zieloną granicę. Idą do Tajlandii. – mówi jeden z przewodników trekkingowych.

Czysta radość z możliwości wykąpania słonia. fot. Życie w tropikach

Czysta radość z możliwości wykąpania słonia. fot. Życie w tropikach

Po dotarciu do obozu schodzimy na ziemię i udajemy się spacerem do głównego, drewnianego budynku. Zasiadamy do stołu suto zastawionego indyjskimi potrawami (jeden z dwóch właścicieli ma indyjskie korzenie). Green Hill Valley Elephant & Re-planation Camp to projekt którego celem jest ochrona lokalnej ekologii, słoni i tradycji tubylców. Całkowita powierzchnia prywatnego rezerwatu to ponad 600,000 metrów kwadratowych. GHV oferuje przyspieszony kurs nauki o słoniach i tradycyjnym życiu mahouts – ich opiekunów. – Wszystkie nasze słonie przez prawie całe życie pracowały przy wyrębie lasów. Teraz, gdy są już zbyt stare i słabe, wzięliśmy je do siebie na swojego rodzaju emeryturę. Praca z turystami jest dla nich nieporównywalnie lżejsza. – tłumaczy mi Tin Win Maw – urocza współwłaścicielka obozu.

Sadzę drzewo, nie przeszkadzać! fot. Życie w tropikach

Sadzę drzewo, nie przeszkadzać! fot. Życie w tropikach

Po lunchu pijemy mocną, czarną kawę ciesząc oczy widokiem na okoliczne wzgórza Szan porośnięte bujną, zieloną roślinnością. Po krótkim odpoczynku z pomocą lokalnych ogrodników sadzę swoje pierwsze w życiu drzewo. – Moja rodzina od pokoleń zajmowała się wyrębem drzew tekowych z pomocą słoni. Opieka nad słoniami zbyt starymi lub słabymi by kontynuować pracę oraz sadzenie drzew tam, gdzie mój dziadek je wyrąbał, to spłata kredytu który zaciągnęła moja rodzina – mówi Tin Win Maw. Mimo, że spędziliśmy razem zaledwie dwie godziny, żegnamy się jak starzy przyjaciele. Niebieski Dodge odwozi mnie do hotelu.

Dla takich widoków warto odwiedzieć Green Hill Valley Elephant & Reforestation Camp. fot. Życie w tropikach

Dla takich widoków warto odwiedzieć Green Hill Valley Elephant & Reforestation Camp. fot. Życie w tropikach

Green Hill Valley Elephant & Re-Forestation Camp ulokowany jest około godziny drogi samochodem od Kalaw w stanie Szan. Leniwi mogą pojechać tam bezpośrednio samochodem. Ci mniej leniwi mogą wziąć udział w jednym z programów trekkingowych trwających od dwóch godzin do trzech dni. Więcej informacji: ghv.elephant@gmail.com (Tin Win Maw).

Lethwei – Birmański kickboxing

Kobieta z wygoloną głową i widocznymi mięśniami, które sprawiają, że wygląda i porusza się jak mężczyzna stroi groźne miny w lewym narożniku. Inna, wyższa, szczuplejsza i o wiele bardziej kobiecym wyglądzie spogląda na nią nerwowo z prawego narożnika. Sędzia daje sygnał do rozpoczęcia walki. Dziewczyna podskakują przez chwilę zbliżając się do środka ringu. Kobieto-facet szarżuje bezlitośnie na swoją rywalkę. Seria uderzeń pięścią ląduje na dziewczęcej twarzy w mniej niż sekundę. Trzy szybkie kopnięcia i sędzia okazuje litość pozwalając słabszej zawodniczce na zejście z ringu. Dziewczyna nie wróci. Być może jej miejsce jest na wybiegu w fashion show, a nie na ringu.

Woman versus woman? photo: Life in the Tropics
Kobieta vs Kobieta? Foto: Zycie w tropikach

Jestem na meczu Lethwei – birmańskiego kickboxingu. Ta birmańska sztuka walki bez broni jest podobna do innych indochińskich sztuk walki takich jak Muay Thai w Tajlandii, Pradal Serey z Kambodży, Muay Lao z Laosu i Tomoi z Malezji. W porównaniu z typową walką jaką miałem okazję widzieć w Phukcie, w Tajlandii, Lethwei wydaje się być o wiele bardziej brutalny niż jego tajski odpowiednik. Nie tylko dlatego, że Birmańczycy walczą bez kasków i rękawic ochronnych.

There will be blood... Photo: Life in the Tropics
I niech poleje się krew! Foto: Zycie w tropikach

Historia Lethwei

Lethwei to kombinacja sztuki boksu z Indii i Chin. W czasach, gdy Birma była królestwem, walki odbywały się dla rozrywki i cieszyły się popularnością wśród wszystkich wartw społeczeństwa. W walkach mogli brać udział tylko mężczyźni bez względu na to czy byli wojownikami, farmerami, czy też płynęła w nich błękitna krew. W czasach tych, walki odbywały się w specjalnych piaskownicach zamiast na ringach. Nie było remisów i systemu punktowego. Każda walka trwała do knockoutu lub do momentu, gdy jeden z zawodników był tak obity, że nie był w stanie kontynuować.

Pionierem współczesnego lethwei jest Kyar Ba Nyei, który brał udział w letniej olimpiadzie w 1952 roku jako bokser. To on ucywilizował nieco birmański kickboxing wprowadzając różne zasady i regulacje. Kyar podróżował po Birmie, głównie w stanach Mon i Karen, gdzie wielu wieśniaków aktywnie ćwiczyło lethwei. Kyar Ba Nyein sprowadził ich do Mandalay i Rangunu, gdzie z nimi trenował, by następnie namówić ich na udział w walkach, które ogranizował.

Blood and fear... Photo: Life in the tropics
Strach w oczach, krew na twarzy… Fot. Zycie w tropikach

Rząd Myanmaru nie wprowadził żadnych zmian organizacyjnych, aby uczynić birmański kickboxing popularnym na arenie międzynarodowej. Mimo to Birma może poszczycić się kilkoma zawodnikami, którzy walczą profesjonalnie w Tajlandii z różnym powodzeniem.

Pierwsze mistrzostwa lethwei odbyły się w 2000 roku. Były to pierwsze walki, w których zastosowano system punktowy. Kolejne oficjalne mistrzostwa nie odbyły się od tamtej pory, więc ci którzy znokautowali ówczesnych zwycięzców nieoficjalnie uznawani są za nowych mistrzów. Rząd organizuje 2-3 oficjalne imprezy w roku, podczas gdy nieoficjalne walki odbywają się festiwalach w całym kraju przynajmniej raz w miesiącu. W walkach sponsorowanych przez rząd, obaj wojownicy otrzymują pasy na pamiątkę. Zwycięzcy czarne, a przegrani białe.

Pit-stop time... Photo: Life in the tropics.
Przerwa. fot. Zycie w tropikach

Pierwsze międzynarodowe mistrzostwa odbyły się w czerwcu 2001 roku. Kickboxerzy z USA walczyli z adeptami Lethwei. Shannon Ritch, Albert Ramirez, and Dough Evans zostali znokautowani w pierwszej rundzie. Kolejny międzynarodowy turniej odbył się w 2004 roku. Czterech zawodników z Japonii: Akitoshi Tamura, Yoshitaro Niimi, Takeharu Yamamoto i Naruji Wakasugi walczyło przeciwko Birmańczykom. Tamura, używając kombinacji różnych stylów walki znokautował Aya Bo Sein w drugiej rundzie i tym samym został pierwszym obcokrajowcem, który pokonał adepta Lethwei w oficjalnej walce.

Not his day... Photo: Life in the tropics...
To nie jest jego dzień… fot. Zycie w tropikach

Dzisiejsze walki odbywają się w sposób tradycyjny i nieco bardziej nowoczesny znany jako „Myanma Traditional Boxing”, którego historia sięga roku 1996. Ta wersja jest bardziej zbliżona do Muay Thai i używa systemu punktowego. Jeśli jeden z zawodników zostanie znokautowany, zostaje cucony i ma szansę na kontynuację walki. W tradycyjnych walkach, zwycięzcą zostaje ten, który pierwszy sprawi, że przeciwnik zacznie krwawić. Krew może być wytarta trzy razy, zanim zostanie wyłoniony zwycięzca.

Billboard advertising the event
Billboard reklamujący walki

Tymczasem na ringu…

Czterogodzinna impreza, która miała miejsce w listopadzie w Kandawgyi Sports Ground na przeciwko jeziora Kandawgyi (królewskiego) w Rangunie przyciągnęła zawodników obu płci. Byli wśród nich także nastolatkowie i kilku letnie dzieci. Wszystkie walki były dosyć brutalne, a brak kasków i rękawic tylko potęgował efekt. Walki obserwowało około setki widzów, którzy byli dosyć spokojni mimo, że ukryte zakłady cały czas towarzyszyły wydarzeniom na ringu. Dało się zauważyć, że za każdą walkę zawodnicy dostają zaledwie po kilka dolarów. Nie jest to zbyt wysokie wynagrodzenie za obitą gębę i ciało, zwłaszcza gdy bilet wstępu kosztuje ponad 20 dolarów od osoby. Ostatnia walka dnia została przerwana na 1,5 rundy przed końcem. Bokserzy zostali oskarżeni za ustawienie walki. Mimo to, cała impreza była niezwykle interesująca. Koniecznie wybierzcie się na jedną, gdy będziecie w Birmie!

Więcej zdjęć na: Life in the Tropic’s Facebook page