Archiwa blogu

Thingyan, czyli nowy rok po birmańsku

W dniach 13-17 kwietnia Birmańczycy będą świętować Thingyan – nadejście nowego roku buddyjskiego.

Image

Thingyan 2012, Rangun. fot. Życie w tropikach

Korzeni Thingyanu należy doszukiwać się w buddyjskiej wersji hinduskiego mitu. Idzie to mniej więcej tak: Słoniogłowy Król Brahmów zwany Arsi przegrał zakład z Królem Devas, Śakrą, który skrócił Arsiego o głowę. Głowa została następnie wsadzona w ciało Brahmy, który następnie stał się Ganeszą. Brahma był tak potężny, że gdy jego głowa została wrzucona do morza – natychmiast wysychała. Jeśli została rzucona na ląd – natychmiast ulegała samozapłonowi. Jeśli została wyrzucona w powietrze – wybuchała płomieniami. W obliczu tego fenomenu Śakra wydał rozkaz, aby głowa Brahmy była nieustannie noszona przez jedną księżniczkę devi po drugiej. Księżniczki zmieniały się co roku. Nowy rok oznaczał więc zmianę właścicielki głowy Brahmy.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Wigilia Thingyanu to pierwszy dzień festiwalu zwany a-kyo nei i początek przeróżnych aktywności religijnych. Buddyści przestrzegają Ośmiu Przykazań – o trzech więcej niż zazwyczaj. Wiele osób je tylko raz dziennie – przed południem. Jałmużna składana jest przed mnichami w ich klasztorach. Ofiara z zielonych kokosów z nietkniętymi łodygami otoczonymi kiśćmi zielonych bananów ląduje przed posągami Buddy, które następnie polewane są pachnącą wodą w ceremonii obmywania. Tradycja ta została zapoczątkowana przez birmańskich królów, którzy uczestniczyli w ceremonii mycia głowy czystą wodą z Guangsay Kyun (dosłownie Wyspa Mycia Głowy) – małej wysepki zlokalizowanej w Zatoce Martaban niedaleko Mawlmaying w stanie Mon.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

O zmroku rozpoczyna się prawdziwe świętowanie z muzyką, piosenkami, tańcami w oczekiwaniu na właściwy Thingyan zwany także Wodnym Festiwalem. Na prawie każdym osiedlu zbudowano z bambusa na prędce dziesiątki bogato udekorowanych pawilonów i scen o świątecznych nazwach. Lokalne artystki ćwiczą od tygodni lub nawet miesięcy, aby jak najlepiej odśpiewać i odtańczyć pokaz w rytm tradycyjnych pieśni festiwalu. Każdy girlsband ubrany jest w charakterystyczny kostium składający się z kolorowych topów i spódnic przyozdobionych kwiatami i świecidełkami. Ich twarze pokryte są tanaką – tradycyjnym makijażem. W ich włosy wpięte są żółte kwiaty padauk o słodkim zapachu. Znane z tego, że kwitną jedynie raz w roku w okolicach festiwalu zwane są one “Kwiatami Thingyanu”. Tłum imprezowiczów na pieszo, na rowerach, na motocyklach, w jeepach i ciężarówkach bez dachu przemieszcza się od sceny do sceny nierzadko grając swoją własną muzykę. Bogato udekorowane i oświetlone platformy z orkiestrą i tuzinami kochliwych męzczyzn krążą między scenami wymieniając się piosenkami napisanymi specjalnie na festiwal, które wszyscy znają. Każda platforma zdaje się mieć swojego rapera, który nabija się lub krytykuje wszystko co złe w kraju. Popularne tematy to moda, konsumpcjonizm, inflacja, przestępczość, narkotyki, AIDS, korupcja i politycy. To bez wątpienia czas na odreagowanie stresów całego roku. Tradycyjnie już ulice pełne są wypadków i incydentów spowodowanych jazdą po pijaku, kłótniami i bójkami na które władze muszą być przygotowane jak co roku. Zasadniczo jednak dominuje atmosfera przyjaźni i dobrej woli.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Buuuuuuum! – grzmi armata o poranku. To sygnał dla ludzi aby wyszli z domów i wylali wodę na ziemię modląc się przy okazji. Przepowiednia na nowy rok zostaje odczytana przez brahminów. Bazowana jest na tym na jakim zwierzu Śakra będzie jechać z nieba na ziemię i co będzie trzymać w ręku. Dzieciom mówi się, że gdy będą dobre, ich imiona zostaną zapisane w złotej księdze. Gdy będą niegrzeczne, ich imiona trafią do “psiej księgi”.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Tradycyjnie Thingyan wiązał się z ochlapywaniem wszystkich pachnącą wodą ze srebnej misy za pomocą thabyay – gałązki tropikalnego drzewa charakterystycznego dla regionu. Pryskanie wodą miało metaforycznie zmyć grzechy popełnione w ubiegłym roku. Tradycja ta nadal kontynuowana jest na birmańskiej wsi. Rangun, Mandalay i inne popularne miejsca to jednak zupełnie inna bajka. Tutaj polewanie wodą odbywa się za pomocą węży ogrodowych, wielkich bambusowych, mosiężnych lub plastikowych mis, pistoletów na wodę, hydrantów i pomp wodnych zainstalowanych na ciężarówkach straży pożarnej. Biorąc pod uwagę, że kwiecień to najgorętszy miesiąc roku nikt nie wydaje się mieć nic przeciwko byciu przemoczonym do suchej nitki. Polewać można wszystkich z wyjątkiem mnichów i kobiet w ciąży.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Niektórzy zbyt rozentuzjazmowani młodzi chłopcy zostają złapani przez kobiety, które często są ich głównym celem. W zemście dziewczyny smarują twarze chłopaków smarem z garów po gotowaniu. Dziewczęta z tuzinami węży ogrodowych wymieniają tysiące litrów wody z przejeżdżającymi samochodami. Wielu imprezowiczów nosi ręczniki, aby zatrzymać strumień wody atakujący oczy i uszy. Imprezowiczki często używają ręcznika, aby nie wyglądać jak miss morkego podkoszulka w tym bądź co bądź konserwatywnym kraju. Żartownisie używają lodowatej wody prowokując dzikie krzyki i śmiech swoich ofiar. Pwè – uliczne teatrzyki z udziałem kukiełek, orkiestr, grup tanecznych, kabareciarzy, gwiazd filmowych i piosenkarzy z uwzględnieniem współczesnych birmańskich grup muzyki popularnej nie są rzadkością w trakcie festiwalu. Jeśli szukasz zabawy w połowie kwietnia, przyleć do Birmy!

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Czwartego dnia zwanego a-tet nei Śakra wraca do niebios i jest to ostatni dzień festiwalu. Niektórzy polewają się wodą do późna krzycząc “Śakra czegoś zapomniał i po to wrócił”.

Wśród innych tradycji wchodzących w skład Thingyanu warto wspomnieć o mont lone yeibaw. Kleiste kulki ryżowe wypełnione cukrem palmowym wrzucane są do wody gotującej się w potężnym garze i serwowane, gdy tylko wypłyną na powierzchnię. Niektórzy żartownisie nadziewają kurtki ryżowe świeżymi papryczkami chili.

Ostatnim dniem festiwalu jest Nowy Rok. To czas, aby młodzi odwiedzili swoich rodziców i złożyli im hołd poprzez tradycyjną ofiarę z wody w naczyniu z terakoty i szamponu. Młodzi ludzie myją włosy starszym tradycyjną metodą z użyciem szamponu z fasoli i kory drzewnej. Wielu składa postanowienia noworoczne generalnie oscylujące wobec poprawy swojego zachowania i popełnianiu większej ilości dobrych uczynków w celu polepszenia swojej karmy.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Uwalnianie ryb jest kolejną tradycją dnia niezatartą przez upływający czas. Ryby złowione w jeziorach i rzekach są przetrzymywane w specjalnych dzbanach zanim zostaną z powrotem wypuszczone na wolność z modlitwą i życzeniem: “Uwalniam Cię raz, Ty uwolnisz mnie dziesięć razy”. W Nowy Rok ludzie ofiarowują także jedzenie w różnych miejscach. Wreszcie okres Thingyanu to także ulubiony czas na ceremonię inicjacji w tradycji buddyzmu Theravada. Młodzi chłopcy oddawani są do klasztorów, gdzie spędzają określoną ilość czasu ucząc się posłuszeństwa i studiując nauki Buddy. Ceremonia ta porównywalna jest do ceremonii wkroczenia w dorosłość w innych kulturach i religiach.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan to najważniejsze birmańskie święto. Znakomita większość biur, sklepów i firm jest zamknięta od około 10 do 20 kwietnia. Planując podróżowanie po kraju należy uwzględnić, że autokary, pociągi i samoloty są pełne na kilka dni przed i kilka dni po festiwalu. Polecana jest bardzo wczesna rezerwacja. W trakcie festiwalu jest tylko gorzej, gdyż większość pociągów i autobusów w ogóle nie kursuje – kierowcy także chcą mieć wolne.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Choć wszyscy mają nadzieję, że tak się nie stanie, tegoroczny Thingyan może być inny niż dotychczas. W związku z niedawnymi zamieszkami między buddystami a muzułmanami w wyniku których życie straciło kilkadziesiąt osób, conajmniej dwa razy tyle zostało rannych, a dach nad głową straciło kilka tysięcy, do większych miast ściągają policja i wojsko z innych regionów kraju. Popularna plotka w Rangunie głosi, że muzułmanie wezmą odwet na buddystach i zamiast wody do polewania będą używać… kwasu. Znajomi mi muzułmanie dementują plotkę dla odmiany mówiąc, że zamierzają zabarykadować się w domu w obawie przed pijanymi buddystami.

Mając nadzieję, że plotki okażą się jedynie plotkami, życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku!

Reklamy

Odkrywanie stanu Chin: Góra Victoria & Kanpetlet

Pianie koguta budzi mnie przed szóstą rano. Przez dobre 15 minut żałuję, że nie złożyliśmy go w ofierze zgodnie z lokalną tradycją. Trzęsę się z zimna po opuszczeniu luksusów mojego pokoju wyposażonego w materac i gruby, brudny koc. Temperatura w środku jest taka sama jak na zewnątrz – 9 stopni Celsjusza. Nai Tan – nasz lokalny przewodnik oferuje mi kubek gorącej kawy i zaprasza do wspólnego oglądania wschodu słońca nad górami. Jego siostra gotuje wodą na poranną kąpiel i przygotowuje tosty trzymając chleb nad ogniskiem. Ostatnią noc spędziłem w Aye Camp zlokalizowanym w połowie drogie między Mindat i Nat Mataung (Mt. Victoria), na którą zamierzamy dzisiaj się wdrapać.

Park Narodowy Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Park Narodowy Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Mount Victoria znana także jako Khaw-nu-soum albo Khonaumthung w języku Chin to najwyższa góra tego stanu. Jej szczyt znajduje się na wysokości 3,053 metrów nad poziomem morza. Góra leży w ekoregionie Chin-Arakan Yoma. Otoczona przez niższe góry porośnięte tropikalnym i subtropikalnym lasem, szczyt Nat Ma Taung tworzy “podniebną wyspę” będącą domem dla roślin i zwierząt występujących w klimacie umiarkowanym i wysokogórskim specyficznym dla Himalajów dalej na północy. Można tu także znaleźć wiele wymierających gatunków. Góra jest obecnie pod ochroną w ramach Nat ma Taung National Park utworzonym w 1994 roku.

W drodze na Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

W drodze na Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Opuszczamy Aye Camp i jedziemy pół godziny do punktu startowego naszego trekkingu trochę na wyrost nazywanym base campem. Idziemy przez jakieś dwie godziny drogą, która naprzemiennie pnie się w górę i opada w dół. Szlak jest łatwy, a jego pokonanie nie sprawia nam wiele wysiłku. Widoki nie różnią się bardzo od tych, którymi od jakiegoś czasu cieszymy się w stanie Chin, ale i tak zatrzymujemy się co jakiś czas, aby złapać oddech, pstryknąć fotkę, albo powąchać świeżo zakwitnięty czerwone rododendrony (różaneczniki). Szczyt góry jest płaski, a jego najbardziej charakterystyczne elementy to mała stupa oraz słup wskazujący najwyższy punkt. Jemy przygotowany wcześniej lunch i cieszymy się widokiem. Ładnie tutaj, choć widok nie powala., gdyż niespecjalnie różni się od tego, co widzieliśmy od początku trekkingu. Nasz przewodnik twierdzi, że możemy stąd zobaczyć Indie i Bangladesz. Biorąc pod uwagę, że przez cały dzień przekonywał nas, że Mt. Victoria ma 3,500 metrów, wkładamy tę informację między resztę jego bajek. Wdrapanie się na 3,053 metrów zostawia nas jednak z pewnym poczuciem satysfakcji zwłaszcza, że nie jesteśmy profesjonalnymi górołazami.

Prawie na szczycie! Fot. Życie w tropikach

Prawie na szczycie! Fot. Życie w tropikach

Schodzimy do naszych jeepów i jedziemy w dół “Drogą Śmierci” aż do Kanpetlet. Mijamy będący w budowie “Sky Hotel”, który prawdopodobnie będzie najlepszym zakwaterowaniem w okolicy i docieramy do Pinewood Villas – najlepszego hotelu w jakim spaliśmy podczas tej wyprawy. Inna opcja to Oasis Resort, który ma o wiele więcej pokoi niż jego siostrzany hotel w Mindat. Standard bungalowów wydaje się być wyższy niż w Mindat i porównywalny do naszego. Nasz przewodnik prosi o 3,000 dżatów na darowiznę dla lokalnych władz imigracyjnych i jedzie z naszymi dokumentami, aby obwieścić nasze przybycie. Cieszymy się pierwszym ciepłym prysznicem od kilku dni, jemy zjadliwą kolację i płacimy przewodnikowi, jako że nie planujemy jutro korzystać z jego usług. Po raz pierwszy nikt nie chrapie w sąsiednim pokoju i cieszymy się relatywnie spokojnym snem.

Jeszcze jedna kobieta ze stanu Chin. Fot.: Hla Maung (Lama)

Jeszcze jedna kobieta ze stanu Chin. Fot.: Hla Maung (Lama)

Kanpetlet jest domem dla południowych plemion Chin takich jak Dai, Upu i Ya. Główna różnica między nimi to wzory tatuaży na kobiecych twarzach. Pinewood Villas zlokalizowany jest kawałek nad miasteczkiem. Schodzimy na dół, aby zobaczyć więcej wytatuowanych kobiet i samo miasteczko. Tym razem nasz przewodnik się nie mylił – w Kanpetlet nie ma absolutnie nic do roboty i oglądania poza tym co już robiliśmy i oglądaliśmy w pozostałych częściach stanu Chin lub innych miejscach w Birmie. Spędzamy resztę dnia relaksując się w hotelu.

Ostatniego dnia naszej wycieczki jedziemy do Bagan przez kolejne siedem godzin. Droga jest tu jeszcze gorsza niż na odcinku z Bagan do Mindat. Asfalt występuje tylko miejscami, a każdy przejeżdżający pojazd, wliczając w to także nasze własne generuje tumany kurzu. Mijamy kilka wiosek i jemy najgorszy lunch, jaki jedliśmy w naszym birmańskim życiu w jednej z nich. Wiesz, że jesteś w tarapatach, gdy Twoje curry z kurczakiem jedzie rybą… Docieramy do Bagan późnym popołudniem podziwiając po drodze wyrąb lasów tekowych i szyby naftowe w Chauk po przekroczeniu rzeki Irrawaddy. – Cała ropa stąd płynie prosto do Chin – mówi jeden z naszych kierowców.

Przyjazd do Bagan kończy naszą wyprawę do stanu Chin – najbardziej interesującego, fascynującego i wyzywającego regionu w jakim kiedykolwiek byłem w Birmie. Wypożycz jeepa i zjeździj go dokładnie zanim się zmieni wraz z napływem hord turystów.

Odkrywanie stanu Chin: Mindat

Kobiety z wytatuowanymi twarzami, tradycyjne wioski myśliwskie i rytualne mordowanie zwierząt to tylko niektóre z atrakcji, jakich możecie doświadczyć w stanie Chin. To najbiedniejszy, najbardziej fascynujący i najpiękniejszy region w Birmie, jaki do tej pory widziałem. Jest surowy, trudny i autentyczny. Teraz gdy rząd otworzył go dla turystów i pozwolenie na wjazd nie jest wymagane, nie macie więcej wymówek, aby się tam nie wybrać. Dziś zabieram Was do Mindat, fajnego miasteczka z widokiem na góry Chin.

Pierwsza fotka z kobietą dumnie prezentującą tatuaż na twarzy. Bazar w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Pierwsza fotka z kobietą dumnie prezentującą tatuaż na twarzy. Bazar w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Dwa stare jeepy “Made in Myanmar” czekają na nas przed Kumudara Hotel o szóstej rano. Jedziemy na lotnisko w Nyaung U, aby odebrać jeszcze jedną osobę z naszej w sumie czteroosobowej ekipy. Wschodzące słońce rzuca miękkie światło na setki starych świątyń w Bagan. Widziałem to przynajmniej z 12 razy, ale widok nie przestaje mnie cieszyć. Krótki postój na lotnisku i już jesteśmy na drodze do tajemniczego stanu Chin. Zatrzymujemy się w Pakokku, jakieś 30 kilometrów na północ od Bagan, aby rzucić okiem na lokalną pagodę nad rzeką. Poza tym widoczkiem Pakokku wydaje się być kolejnym typowo birmańskim miasteczkiem z żywiołowym bazarem i kilkoma pagodami. Przejeżdżamy po słynnym moście Pakokku nad potężnie rozlaną rzeką Ayeyarwaddy i kontynuujemy podróż w kierunku stanu Chin. To siedem godzin jazdy z Bagan po dziurawej drodze, kompletnych bezdrożach, wysuszonych korytach rzek i płytkich stawach.

Widok Bagan, który nigdy mi się nie znudzi. Fot. Życie w tropikach

Widok Bagan, który nigdy mi się nie znudzi. Fot. Życie w tropikach

Ostatnie 18 kilometrów naszej podróży nagradza nas spektakularnym widokiem na góry stanu Chin. Wąska, wyboista droga wspina się stromo do Mindat – jednego z niewielu śladów cywilizacji w stanie Chin. Głównie drewniane budynki w różnym stanie destrukcji wiszą sobie leniwie na zboczu góry po jednej stronie drogi. Wszystkie z nich mogłyby być wspaniałymi hotelami oferującymi zapierający dech w piersiach widok na góry na horyzoncie. Zatrzymujemy się przy budynku oznaczonym na niebiesko jako “FOREIGN INFORM” i witamy sie z lokalnymi władzami imigracyjnymi. Poważnie wyglądający urzędas przegląda nasze paszporty, pozwolenia na wjazd i kopie wymienionych troszkę dłużej niż powinien. Zdaje się nie zauważać koperty z dotacją dla jego niskoopłacanej placówki, bawi się jeszcze przez chwilę naszymi dokumentami i ostatecznie wpuszcza nas do swojego małego królestwa.

Wzgórza w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Wzgórza w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Zakwaterowanie w Mindat jest bardzo ograniczone i podstawowe. Na Oasis Resort składają się dwa proste bungalowy (trzeci jest w trakcie budowy), które oferują cudowne widoki na okolicę, trochę prywatności i łazienki z gorącą wodą, o którą należy poprosić z półgodzinnym wyprzedzeniem. Bungalowy chodzą po US$80. Mimo, iż nie są warte więcej niż US$10-15, pokoje są zarezerwowane na kilka dni do przodu w związku ze świętem narodowym mniejszości Chin. (Chin National Day). Zatrzymujemy się przy słabo wyglądającym rządowym guesthousie, który wydaje się być zamknięty i jeszcze jednym oferującym małe, surowe i podstawowe pokoje. Śmierdząca, ciemna i brudna toaleta jest na zewnątrz. Aby się do niej dostać trzeba przejść obok klatek ze świniami i innymi zwierzętami. Pokój kosztuje US$40.

Wnętrze pokoju w Oasis Resort. Fot. Życie w tropikach

Wnętrze pokoju w Oasis Resort. Fot. Życie w tropikach

Ostatecznie docieramy do Victoria Guesthouse – drugiego najlepszego miejsca zakwaterowania w Mindat, gdzie mamy opłaconą rezerwację na trzy noce za US$40/noc. Victoria Guesthouse oferuje małe pokoje z niewygodnymi łóżkami i jeszcze gorszymi poduszkami oraz cienkimi drewnianymi ścianami, które nie są zaletą, gdy pozostałe pokoje zajęte są przez gadających, śpiewających, chrapiących i charchających birmańskich lunatyków. Doceniamy grube, brudne koce po lodowatym prysznicu, gdy temperatura na zewnątrz i w środku spada do około 10 stopni Celsjusza.

Wieczorem wychodzimy na kolację do domowej restauracji kilka drzwi obok. Mieszkańcy stanu Chin mają swój własny język, ale udaje nam się zamówić kurczaka w sosie ostro-kwaśnym, świnię na słodko-kwaśno, rozgotowane warzywa, ryż i piwo Myanmar kombinacją mojego żałosnego birmańskiego, angielskiego i mowy ciała. Niespodziewanie odwiedza nas urzędnik imigracyjny (inny niż poprzedni), przedstawia się i pyta o mnie. Wyjaśnia, że potrzebuje numer mojej wizy. Wymieniamy numery telefonów, a ja obiecuję wysłać mu smsa, gdy wrócę do guesthouse’u po paszport. Postanawiam zapomnieć, że w biurze imigracyjnym zostawiłem przynajmniej pięć kopii swojego paszportu i wizy…

Mindat. Fot. Życie w tropikach

Mindat. Fot. Życie w tropikach

Następnego dnia idziemy na śniadanie na lokalnym bazarze. Targ jest mały, autentyczny i prymitywny. To tutaj widzimy pierwszą starą kobietę z twarzą pokrytą tradycyjnym, zielonym tatuażem. Pijemy zieloną herbatę i jemy kilka samos z rozwodnionym sosem chili w jednym z bazarowych teashopów, gdy podchodzi do nas młody chłopak w obdartym i brudnym ubraniu z gębą pełną czerwonego betelu. Chłopak przedstawia się jako nasz przewodnik. Informuje nas, że nasza firma go wynajęła, aby się nami zajmował. Wiedział, że pracujemy dla Tour Mandalay, ale nie był w stanie podać ani imienia ani numeru telefonu osoby, która dzwoniła. Zapytany, które biuro do niego zadzwoniło, powiedział że to z Mandalay. Było zapewne oczywiste dla niego, że Tour Mandalay jak nazwa wskazuje musi mieścić się w Mandalay, choć to zaledwie jedno z naszych czterech regionalnych biur. Poza tym wycieczkami do stanu Chin zarządzamy z biura w Bagan, które poinformowało nas, że musimy lokalnego przewodnika znaleźć sobie sami. Ten chciał 30,000 dżatów za dzień, co było zdzierstwem jak na lokalnego, niewykwalifikowanego przewodnika bez licencji ze słabym angielskim. Miał w sobie też coś takiego, że nie polubiliśmy go od samego poczatku. Siedzimy w ciszy przez kilka minut, aż nasz niedoszły przewodnik wstaje i siada ze swoimi przyjaciółmi przy innym stole.

Wytatuowane kobiety w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Wytatuowane kobiety w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Gdy tylko opuszczamy bazar, “nasz” przewodnik zaczyna nas śledzić. Odwracam się i informuję, ze muszę zadzwonić do naszego biura w Bagan i potwierdzić czy go przysłali, żeby się nami zajął. Miał minę zbitego psa i był gotowy odpuścić nie dlatego, że nas okłamal, ale dlatego że został na tym kłamstwie złapany. Wracamy do Victora Guesthouse, aby zostawić nasze kurtki, jako że temperatura zaczęła rosnąć o więcej niż 5 stopni na godznę. Nie dzwonię do biura będąc pewnym, że koleś już stracił twarz i zniknie tak szybko jak się pojawił. Ku naszemu zaskoczeniu czekał na nas przed Victoria Guesthouse! Na tym etapie zaczęło mi być go szkoda i decyduję się zapłacić mu 20,000 dżatów. Dzwonimy po nasze jeepy. Z niejasnych powodów nasz przewodnik bierze ze sobą dwóch przyjaciół, co denerwuje jednego członka naszej ekipy. Dzieląc ograniczone miejsca w jeepach z przewodnikiem i dwoma niepotrzebnymi pasażerami, ruszamy w kierunku jednej z lokalnych tradycyjnych wiosek stanu Chin.

Opuszczamy główną drogę i zjeżdżamy w dół. Góra jest po naszej prawej stronie. Głęboka, gotowa nas połknąć przepaść jeśli kierowca popełni choćby najmniejszy błąd jest po naszej lewej. Uśmiecham się jak szaleniec próbując robić zdjęcia. Dziewczyny w naszej grupie wystawiają nogi na zewnątrz gotowe wyskoczyć z jeepa, gdy coś pójdzie nie tak. Na szczęście nasz betelowo otumaniony kierowca nie popełnia żadnego błędu i po pół godzinie docieramy do punktu startowego naszego krótkiego spaceru do wioski Pan Olk. Widzimy więcej tradycyjnych drewnianych domów, spotykamy kilka kobiet z tatuażami na twarzach, które chętnie pozują w zamian za napiwek. Najbardziej surrealistyczny obrazek to starożytny cmentarz składający się z kilkudziesięciu dziwnych nagrobków. Nasz przewodnik daje radę wytłumaczyć nam, że mieszkańcy wioski palą ciała i trzymają prochy zmarłych pod tymi nagrobkami.

Tradycyjny cmentarz Chin. Fot. Życie w tropikach

Tradycyjny cmentarz Chin. Fot. Życie w tropikach

W drodze powrotnej chcemy odwiedzić kobietę, która gra na flecie za pośrednictwem swojego nosa (!), ale niestety nie ma jej w domu. Płacę przewodnikowi i odmawiam umówienia się z nim konkretnie na jutro. Idę na spacer do biura imigracyjnego na wszelki wypadek wręczyć im kolejną kopię mojej wizy. Wieczorem wracamy do “naszej” restauracji po więcej pysznego kurczaka w sosie ostro-kwaśnym. Spotykamy australijska parę, która właśnie przyjechała z Kanpetlet – innego miasteczka w stanie Chin. Towarzyszy im szef lokalnych przewodników. Nasz poczatkowy plan zakładał jechanie prosto do Kanpetlet pojutrze, jako że jutro jest Chin National Day.

– Nie jedźcie bezpośrednio do Kanpetlet. Jedźcie najpierw do Mount Victoria i zostańcie w naszym campie. Droga jest bardzo niebezpieczna… ale piękna i znacznie krótsza niż przez Kanpetlet. Mogę Wam dać przewodnika i samochód z kierowcą, który zna tę drogę. Nazywamy ją tu “Drogą Śmierci”. – mówi lokalny szef przewodników.

– Dobry przewodnik by się przydał. Ale mamy swoje jeepy i kierowców z Bagan – odpowiadam.

– Kierowcy z Bagan tam nie pojadą. Boją się tej drogi. – naciskał ewidentnie próbując wcisnąć nam swoje usługi.
Nasi kierowcy tam nie pojadą? Ha ha, on nie zna naszych kierowców! Mimo, że panie w naszej ekipie nie podzielały naszego entuzjazmu wobec zmiany trasy, decyzja została podjęta, gdy usłyszeliśmy “droga śmierci”, “niebezpieczna” i “boją się”. “This is we like!” jak zaczęliśmy mawiać w birmańskim angielskim…

Moja wyprawa do stanu Chin odbyła się pod koniec lutego 2013. W dniu 6 marca, 2013, części stanu Chin zostały otwarte dla turystów i rządowe pozwolenie na wizytę nie jest już wymagane. Najłatwiej poruszać się po stanie Chin wynajmując prywatnego jeepa z kierowcą w Bagan. Do Mindat można się także dostać wątpliwej jakości autobusem z Mandalay (12 godzin). Tutaj można zorganizować przewodnika, samochód i/lub motor na dalszą wyprawę.

Lethwei – Birmański kickboxing

Kobieta z wygoloną głową i widocznymi mięśniami, które sprawiają, że wygląda i porusza się jak mężczyzna stroi groźne miny w lewym narożniku. Inna, wyższa, szczuplejsza i o wiele bardziej kobiecym wyglądzie spogląda na nią nerwowo z prawego narożnika. Sędzia daje sygnał do rozpoczęcia walki. Dziewczyna podskakują przez chwilę zbliżając się do środka ringu. Kobieto-facet szarżuje bezlitośnie na swoją rywalkę. Seria uderzeń pięścią ląduje na dziewczęcej twarzy w mniej niż sekundę. Trzy szybkie kopnięcia i sędzia okazuje litość pozwalając słabszej zawodniczce na zejście z ringu. Dziewczyna nie wróci. Być może jej miejsce jest na wybiegu w fashion show, a nie na ringu.

Woman versus woman? photo: Life in the Tropics
Kobieta vs Kobieta? Foto: Zycie w tropikach

Jestem na meczu Lethwei – birmańskiego kickboxingu. Ta birmańska sztuka walki bez broni jest podobna do innych indochińskich sztuk walki takich jak Muay Thai w Tajlandii, Pradal Serey z Kambodży, Muay Lao z Laosu i Tomoi z Malezji. W porównaniu z typową walką jaką miałem okazję widzieć w Phukcie, w Tajlandii, Lethwei wydaje się być o wiele bardziej brutalny niż jego tajski odpowiednik. Nie tylko dlatego, że Birmańczycy walczą bez kasków i rękawic ochronnych.

There will be blood... Photo: Life in the Tropics
I niech poleje się krew! Foto: Zycie w tropikach

Historia Lethwei

Lethwei to kombinacja sztuki boksu z Indii i Chin. W czasach, gdy Birma była królestwem, walki odbywały się dla rozrywki i cieszyły się popularnością wśród wszystkich wartw społeczeństwa. W walkach mogli brać udział tylko mężczyźni bez względu na to czy byli wojownikami, farmerami, czy też płynęła w nich błękitna krew. W czasach tych, walki odbywały się w specjalnych piaskownicach zamiast na ringach. Nie było remisów i systemu punktowego. Każda walka trwała do knockoutu lub do momentu, gdy jeden z zawodników był tak obity, że nie był w stanie kontynuować.

Pionierem współczesnego lethwei jest Kyar Ba Nyei, który brał udział w letniej olimpiadzie w 1952 roku jako bokser. To on ucywilizował nieco birmański kickboxing wprowadzając różne zasady i regulacje. Kyar podróżował po Birmie, głównie w stanach Mon i Karen, gdzie wielu wieśniaków aktywnie ćwiczyło lethwei. Kyar Ba Nyein sprowadził ich do Mandalay i Rangunu, gdzie z nimi trenował, by następnie namówić ich na udział w walkach, które ogranizował.

Blood and fear... Photo: Life in the tropics
Strach w oczach, krew na twarzy… Fot. Zycie w tropikach

Rząd Myanmaru nie wprowadził żadnych zmian organizacyjnych, aby uczynić birmański kickboxing popularnym na arenie międzynarodowej. Mimo to Birma może poszczycić się kilkoma zawodnikami, którzy walczą profesjonalnie w Tajlandii z różnym powodzeniem.

Pierwsze mistrzostwa lethwei odbyły się w 2000 roku. Były to pierwsze walki, w których zastosowano system punktowy. Kolejne oficjalne mistrzostwa nie odbyły się od tamtej pory, więc ci którzy znokautowali ówczesnych zwycięzców nieoficjalnie uznawani są za nowych mistrzów. Rząd organizuje 2-3 oficjalne imprezy w roku, podczas gdy nieoficjalne walki odbywają się festiwalach w całym kraju przynajmniej raz w miesiącu. W walkach sponsorowanych przez rząd, obaj wojownicy otrzymują pasy na pamiątkę. Zwycięzcy czarne, a przegrani białe.

Pit-stop time... Photo: Life in the tropics.
Przerwa. fot. Zycie w tropikach

Pierwsze międzynarodowe mistrzostwa odbyły się w czerwcu 2001 roku. Kickboxerzy z USA walczyli z adeptami Lethwei. Shannon Ritch, Albert Ramirez, and Dough Evans zostali znokautowani w pierwszej rundzie. Kolejny międzynarodowy turniej odbył się w 2004 roku. Czterech zawodników z Japonii: Akitoshi Tamura, Yoshitaro Niimi, Takeharu Yamamoto i Naruji Wakasugi walczyło przeciwko Birmańczykom. Tamura, używając kombinacji różnych stylów walki znokautował Aya Bo Sein w drugiej rundzie i tym samym został pierwszym obcokrajowcem, który pokonał adepta Lethwei w oficjalnej walce.

Not his day... Photo: Life in the tropics...
To nie jest jego dzień… fot. Zycie w tropikach

Dzisiejsze walki odbywają się w sposób tradycyjny i nieco bardziej nowoczesny znany jako „Myanma Traditional Boxing”, którego historia sięga roku 1996. Ta wersja jest bardziej zbliżona do Muay Thai i używa systemu punktowego. Jeśli jeden z zawodników zostanie znokautowany, zostaje cucony i ma szansę na kontynuację walki. W tradycyjnych walkach, zwycięzcą zostaje ten, który pierwszy sprawi, że przeciwnik zacznie krwawić. Krew może być wytarta trzy razy, zanim zostanie wyłoniony zwycięzca.

Billboard advertising the event
Billboard reklamujący walki

Tymczasem na ringu…

Czterogodzinna impreza, która miała miejsce w listopadzie w Kandawgyi Sports Ground na przeciwko jeziora Kandawgyi (królewskiego) w Rangunie przyciągnęła zawodników obu płci. Byli wśród nich także nastolatkowie i kilku letnie dzieci. Wszystkie walki były dosyć brutalne, a brak kasków i rękawic tylko potęgował efekt. Walki obserwowało około setki widzów, którzy byli dosyć spokojni mimo, że ukryte zakłady cały czas towarzyszyły wydarzeniom na ringu. Dało się zauważyć, że za każdą walkę zawodnicy dostają zaledwie po kilka dolarów. Nie jest to zbyt wysokie wynagrodzenie za obitą gębę i ciało, zwłaszcza gdy bilet wstępu kosztuje ponad 20 dolarów od osoby. Ostatnia walka dnia została przerwana na 1,5 rundy przed końcem. Bokserzy zostali oskarżeni za ustawienie walki. Mimo to, cała impreza była niezwykle interesująca. Koniecznie wybierzcie się na jedną, gdy będziecie w Birmie!

Więcej zdjęć na: Life in the Tropic’s Facebook page

Taunggyi Hot Air Balloon Festival 2012

Taunggyi, stolica stanu Szan gościła 67 doroczny festiwal balonów z gorącym powietrzem w dniach 21-28 listopada 2012. Impreza przyciągnęła gości z całego kraju i zaskakująco małą ilość turystów zagranicznych. W trakcie 8-dniowego festiwalu uczestnicy współzawodniczyli w trzech kategoriach: balony dzienne w kształcie zwierząt, Sein Nar Pan (diamentowe kolczyki) – balony oświetlone świeczkami i lampionami oraz Nya Mee Kyi (nocne sztuczne ognie) czyli balony wypełnione petardami. Nie zastanawiałem się długo, gdy zaoferowano mi udanie się na festiwal.

Animal-shaped balloon. Photo: Life in the Tropics

Balon w kształcie zwierzaka. fot. Zycie w tropikach

Nasz samochód dotarł na teren imprezy późnym popołudniem 26 listopada. Wybrałem tą datę jako, że powiedziano mi, iż końcówka festiwalu jest najbardziej dynamiczna z apogeum przypadającym na pełnię księżyca dwa dni później. Zapłaciliśmy “podatek od obcokrajowca” w wysokości 5000 dżatów od osoby, którego łatwo było uniknąć, gdyby nasz kierowca nie zawiózł nas prosto na parking dla turystów. Miejscowi uczestniczą w festiwalu za darmo, a opłata oczywiście w żaden sposób nie wspiera lokalnej społeczności. Duży plac z początku nie wyglądał na zatłoczony. Lokalne rodziny wysłały w kosmos kilka raczej brzydkich balonów w kształcie zwierząt. Część z nich spłonęła jeszcze na ziemi lub w powietrzu opadając na lokalny bazar. Najstraszniejsze były balony, które zaczęły płonąć na ziemi i niesione przez wiatr ruszyły z impetem w kierunku zgromadzonej publiczności. Warto jednak wspomnieć, że miejscowi strażacy całkiem nieźle panowali nad sytuacją i dali radę ugasić ogień zanim ktoś został ranny.

Local authorities dealing with the fire. Photo: Life in the Tropics

Lokalni strażacy w akcji. fot. życie w tropikach

Znudziło nam się dosyć szybko i rozpoczęliśmy posiedzenie z piwem w jednej z lokalnych restauracji (eufemizm). Jedno piwo prowadziło do drugiego i zanim się zorientowaliśmy, zrobiło się ciemno i pustawo. Popytaliśmy w okolicy by dowiedzieć się, że festiwal zostanie wznowiony ok. 7-8 wieczorem i że warto jest zaczekać. Położone w górach Taunggyi bywa zimne wieczorami o tej porze roku więc siedzenie tam w szortach i t-shirtach przestało należeć do najprzyjemniejszych. Na szczęście nasza restauracja miała całkiem spory zapas “Grand Royal Whisky”. Ciecz śmierdziała i smakowała jak produkt whiskaczo-podobny, ale konsumując całą niewielką butelkę udało nam się nieco rozgrzać. Wydarzenia szybko jednak wymknęły się spod kontroli i zanim się zorientowaliśmy, piliśmy, jedliśmy i tańczyliśmy z lokalsami na lądowisku dla balonów radośnie uskakując przed wybuchającymi wszędzie petardami.

DSC_0157

Balon z petardami. fot. życie w tropikach

Historia Taunggyi Hot Air Ballon Festival sięga 1941 roku, kiedy to główny mnich z klasztoru Kone Thar wysłał w przestrzeń pierwszy balon z gorącym powietrzem. Lokalsi szybko podchwycili pomysł i w 1945 roku zorganizowali pierwszy konkurs dla baloniarzy. Konkurs szybko przerodził się w tradycyjny festiwal, a liczba uczestniczących balonów wzrastała z każdym rokiem. Komitet tegorocznego festiwalu podał, że w tym roku w imprezie wzięło udział 326 dziennych balonów, 36 balonów z lampionami i 86 balonów z fajerwerkami. Choć balony nie należą do najtańszych, są symbolem prestiżu i wspólnoty drużyn, które przygotowują się do tego święta przez wiele miesięcy. Obok lokalnych drużyn w festiwalu wzięli także udział uczestnicy z okolicznych miasteczek Ho Pone, Nyaung Shwe, i Aung Pan, a także reprezentanci ekspresowych linii autobusowych.

Festival of Lights. Photo: Life in the Tropics

Festiwal świateł. fot. życie w tropikach

Festiwal zbiega się w czasie (jak wolą niektórzy stanowi jego część) z Tazaunding Festival zwany Festiwalem Świateł. Impreza ta odbywa się w trakcie pełni księżyca w miesiącu Tazaungmone według tradycyjnego birmańskiego kalendarza (po naszemu zwykle w listopadzie). Tazaunding to festiwal ogólnokrajowy w trakcie którego domy, budynki użyteczności publicznej i ulice zostają oświetlone na kolorowo, a mnisi otrzymują nowe szaty i artykuły pierwszej potrzeby w trakcie ceremoni Kahtein. Oferowanie Ma-tho-thin-gan – świeżo uszytych safronowych szat odbywa się w wigilię nocy pełnoksiężycowej miesiąca Tazaungmone. Tej nocy, drużyny młodych kobiet współzawodniczą w szybkości szycia nowych szat. Tłumy lokalsów oczekują z ekscytacją na hasło “Start!”, po którym kobiety szyją nieustannie aż do rana, aby złożyć w ten sposób ofiarę Buddzie. Szycie tych specjalnych szat odbywa się tradycyjną metodą w celu demonstracji zdolności szycia.

Kathein procession. Photo: Life in the Tropics

Procesja Kahtein. fot. życie w tropikach

Tradycyjne wyszywanie to nie jest moje hobby, co skłoniło mnie do udania się na procesję oferowania świateł Buddzie odbywającą się w pagodzie Su La Mu Ni. Dwie godziny oczekiwania w zimnie rozpraszanym gorącą herbatą w lokalnym teashopie się opłaciło. Birmańczycy, Szanowie i duża liczba lokalnych plemion górskich pokazała się w swoich narodowych kostiumach. Wszyscy nieśli, lampy, świece, lampiony i wielke podświetlane instalacje. To był zdecydowanie jeden z ciekawszych momentów tej podróży do stanu Szan. Tuż po zakończeniu ceremonii, udaliśmy się w kierunku wznoszących się w powietrze balonów, aby zobaczyć wielki finał tegorocznej edycji Taunggyi Hot Air Balloon Festival.

Tazaunding Festival - Good government, clean governance! Photo: Life in the Tropics

Tazaunding Festival. fot. życie w tropikach

To, co zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Miejsce w ogóle nie przypominało tego sprzed zaledwie dwóch dni. Najłatwiejszym sposobem, aby się tam dostać był półgodzinny spacer z pagody Su La Mu Ni, jako że jedyna droga prowadząca w kierunku festiwalu była zapchana samochodami, motocyklami i bardzo pijanymi ludźmi. Zbliżenie się do balonów na tym etapie graniczyło z cudem. Nawet gdyby było to prostsze, nie byliśmy do końca w nastroju. Słyszeliśmy plotkę, że w zeszłym roku jeden z balonów eksplodował zabijając 10 osób. Wierzyć lub nie, miejsce to nie wyglądało już tak spokojnie i cicho jak dwa dni temu. Jako, że nie byliśmy także w nastroju na siedzenie w turystycznym “VIP LOUNGE”, które uchodzi za najbezpieczniejsze miejsce dla turystów, odnaleźliśmy naszą “restaurację”. Mieszając Myanmar Beer z Grand Royal Whisky, która okazała się sponsorem jednego z balonów, obserwowaliśmy konkurs do około północy. Pijani ludzie, włączając w to lokalne kobiety zaczęli pokładać się na ziemi we własnych wymiotach. Inni polewali sobie więcej alkoholu niż mogli potencjalnie przetworzyć, aby wkrótce także dołączyć do leżących.

DSC_0123

fot. życie w tropikach

Strategicznie wycofaliśmy się do naszego pojazdu i wróciliśmy do Nyaung Shwe, gdzie znajdowała się nasza baza wypadowa. Po drodze zauważyliśmy jednego pijanego i potencjalnie martwego motocyklistę przygniecionego własnym motorem. Wszyscy, wliczając w to nas zgrabnie omijali miejsce tragedii bez zatrzymywania się. Nasz kierowca uzmysłowił nam, że zatrzymanie się i chęć pomocy, lub chociaż sprawdzenie czy nieszczęśnik rzeczywiście nie żyje, natychmiast wpędziło by nas w kłopoty z lokalną policją jako potencjalnego sprawcę zdarzenia. Poza tym jeśli koleś naprawdę nie żył, to jego duch mógłby poprosić o podwiezienie do domu. Nasz kierowca nie był gotowy na żaden z wymienionych scenariuszy.

Taunggyi Balloon Festival

fot. życie w tropikach

Taunggyi Hot Air Balloon Festival i procesja Kahtein to wydarzenia bardzo lokalne ze wszystkimi tego zaletami i wadami. To bardzo unikalna droga wejścia między lokalsów i bawienia się z nimi na ich sposób. Podczas gdy Taunggyi nie jest specjalnie atrakcyjne dla turystów, uczestnictwo w festiwalu pozwoli Wam na chwilę zgubić armię białych twarzy zajętych zaliczaniem głównych atrakcji turystycznych Birmy. Następny festiwal odbędzie się między 10 a 17 listopada 2013 roku. Wpadnijcie jeśli jesteście w okolicy. Nie pożałujecie.

Więcej zdjęć z festiwalu świateł i Taunggyi Hot Air Balloon Festival na fejsbukowej stronie LIFE IN THE TROPICS!

Bagan z lotu ptaka

Na recepcję Hotel @ Tharabar Gate, którego nazwa pochodzi od bramy z IX wieku o tej samej nazwie zajeżdża stary, rozklekotany autobus. – Wasza limuzyna już jest! Zapraszamy! – wykrzykuje rozentuzjazmowany asystent Eastern Safaris – sponsora dzisiejszej wycieczki. Wraz z kilkoma innymi turystami tarabanię się do środka i zwijam w kulkę. Mam na sobie t-shirt i szorty. Nikt mi nie powiedział, że w styczniowe poranki temperatura w Bagan spada poniżej 10 stopni Celsjusza. Autobus rusza raptownie z przeraźliwym warkotem wielokrotnie remontowanego silnika w kierunku wciąż pogrążonego w ciemnościach Nyang U.

fot. Życie w tropikach

Gra wstępna

Wysoki płomień rozświetla jedną z okolicznych polan między licznymi świątyniami. Nasz autobus skręca w tym kierunku niczym w reakcji na tajemnicze hasło. Po chwili wysiadamy wpadając wprost na Lee – pochodzącego z Wielkiej Brytanii pilota jednego z balonów. – Witamy, witamy! – mówi Lee. – Na stołach po prawej stronie czeka na Was kawa, herbata i drobne przekąski. Częstujcie się, ale proszę nie przechodźcie na lewą stronę, gdyż trwają tam przygotowania techniczne do lotu. Popijam gorącą kawę obserwując pierwsze promienie wschodzącego słońca gdzieś na horyzoncie. Z zadumy wyrywa mnie Lee: – Uwaga, uwaga! Proszę o chwilę skupienia. Czas na kilka instrukcji bezpieczeństwa. Za chwilę wypuścimy w powietrze kilka małych balonów wypełnionych helem. Sprawdzimy w ten sposób czy kierunek i prędkość wiatru nam dziś sprzyja. Bardzo proszę o zrozumienie, że jeśli choć w najmniejszym stopniu nasze pomiary odbiegać będą od przyjętych, bardzo rygorystycznych norm, dzisiejszy lot się nie odbędzie. – mówi. Grupa wydaje z siebie ciche westchnienie zawodu.

Nasza „limuzyna” :-). fot. Życie w tropikach

– Niektórzy turyści mówią, że jeśli tylko trochę przekraczamy ustalone normy, to oni są skłonni podjąć ryzyko… Wiecie co? Może oni są, ale my nie! Odpowiadamy za wasze bezpieczeństwo. Jest ono dla nas najważniejsze. – tłumaczy Lee. – Jeśli wszystko będzie w normie, rozpoczniemy pompowanie balonów zimnym powietrzem. Następnie powietrze będziemy podgrzewać, aby postawić balony do pozycji pionowej. Prosimy, abyście nie przekraczali białej linii bezpieczeństwa namalowanej na lądowisku. – dodaje.

Obserwowanie balonów z helem. fot. Życie w tropikach

Z zapartym tchem obserwujemy jak trzy balony z helem unoszą się w powietrze jeden po drugim. Piloci obserwują je uważnie i przez krótką chwilę robią jakieś wyliczenia. – All clear! – krzyczy Lee ku uciesze zgromadzonej publiki. Stopniowo ogrzewające się powietrze przeszywa warkot kompresorów. Długie, czerwone balony dotąd leżące na ziemi niczym nieżywe, powoli zaczynają nabierać kształtów. Obserwujemy ten niecodzienny spektakl, czasem robiąc jakieś zdjęcie. Po chwili w okolicy buchają płomienie. Zgodnie z zapowiedzią jednego z pilotów, olbrzymie czerwone balony powoli stają w pozycji pionowej. Lee udziela nam dalszych instrukcji bezpieczeństwa. Informuje między innymi jak bezpiecznie wejść i wyjść z kosza, jaką pozycję przyjąć przy lądowaniu i że nie należy dotykać napiętych w kilku miejscach sznurków, jeśli nie chcemy wylądować na dachu jakiejś świątyni. Sznurki te, czasem niewdzięcznie wkradające się w obiektyw aparatu służą do sterowania balonem.

Podgrzewanie powietrza w celu postawienia balonów do pozycji pionowej. fot. Życie w tropikach

Akt właściwy

Gdy do balonu wsiada 15 osoba, robi się nieco ciasno. Lee podgrzewa mocniej powietrze, a balon wyrywa się ku przestworzom. Obsługa naziemna odczepia grubą linę, którą byliśmy przywiązani do zderzaka starego autobusu, a niemalże niewyczuwalny wiatr porywa nas w sobie tylko znanym kierunku z zaskakującą szybkością. Po krótkim okrzyku zdziwienia i entuzjazmu z kilkunastu gardeł ,w koszu zapada absolutne cisza. Balon szybuje nad pierwszymi świątyniami Bagan skąpanymi w miękkich promieniach porannego słońca…

fot. Życie w tropikach

Bagan to starożytne miasto zlokalizowane w centralnej części Birmy. Od IX do XIII wieku było stolicą Królestwa Pagan, pierwszego, które zjednoczyło regiony, które obecnie tworzą współczesny Myanmar. W czasach świetności królestwa między XI i XIII wiekiem, ponad 10,000 buddyjskich świątyń, stup i klasztorów zostało zbudowanych na zaledwie 104 kilometrach kwadratowych bagańskiej równiny. Do dzisiaj w relatywnie dobrym stanie zachowało się ponad 2,200 z nich. Między 1044 a 1287 rokiem, Bagan było politycznym, gospodarczym i kulturowym centrum Imperium Pagan. Miasto szybko stało się kosmopolitycznym centrum studiów religijnych i świeckich specjalizującym się w języku Pali, gramatyce, studiach psychologiczno-filozoficznych, astrologii, alchemii, medycynie i studiach nad prawem. Miasto przyciągało mnichów i studentów z Indii, Cejlonu, a także Imperium Khmerów.

Kto rano wstaje… ten ogląda ładne widoki! fot. Życie w tropikach

Kultura Bagan była zdominowana przez religię. Ta z kolei była płynna, synkretyczna i w stosunku do późniejszych standardów, mało ortodoksyjna. W Bagan, buddyzm w tradycji Theravada koegzystował z buddyzmem Mahayana, buddyzem tantrycznym, różnymi szkołami hinduistycznymi (Saivite, Vaishana), a także specyficznymi dla Birmy tradycyjami animistycznymi i wierzeniami w 37 duchów “nat”. Podczas gdy królewski patronat sprawił, że buddyzm w tradycji Theravada zyskiwał na znaczeniu od połowy XI wieku, inne tradycje miały się dobrze w całym królestwie w stopniu niewidzianym nigdy później. Imperium Pagan upadło w 1287 roku w wyniku cyklicznych inwazji mongolskich (1277-1301). Miasto będące domem dla 50,000 – 200,000 ludzi zostało zredukowane do małej wioski i już nigdy nie odzyskało swojej świetności. Miasto przestało być oficjalną stolicą w grudniu 1297 roku, gdy Królestwo Myinsaing stało się nową potęgą górnej Birmy.

fot Życie w tropikach

Bagan przetrwało do XV wieku jako osada i destynacja dla pielgrzymów przez cały okres imperialny. Kilka nowych i robiących wrażenie monumentów religijnych wznoszono aż do połowy XV wieku. Między XV a XX wiekiem wzniesiono jedynie 200 nowych świątyń. Stara stolica pozostała celem pielgrzymek, które podobnie jak obecne wycieczki turystyczne skupiały się jedynie na zaliczeniu najważniejszych spośród tysięcy świątyń takich jak: Ananda, Shwezigon, Sulamani, Htilominlo, czy Dhammayazika. Pozostałe, mniej znane lub nie znajdujące się na głównym szlaku popadły w zapomnienie i nie przetrwały próby czasu.

fot. Życie w tropikach

Kilkadziesiąt regularnie odwiedzanych świątyń doczekało się architektonicznych dodatków wykonanych przez wiernych. Wiele świątyń zostało odmalowanych. Nowe malunki powstały na tych oryginalnych, z czasów Królestwa Pagan, a w środku zainstalowano nowe posągi Buddy. Okres Konbaung (1752-1885) to czasy systematycznych renowacji, które w dużej części nie liczyły się z oryginalną konstrukcją świątyń. Niektóre z renowacji zdawały się nie liczyć z zasadami dobrego smaku, sztuki czy końcowego rezultatu. Wiele wnętrz świątyń, wliczając w to słynną Anandę i Thatbyinnyu zostały w środku pomalowane na biało. Wiele malowideł ściennych dodano w tym właśnie okresie.

fot. Życie w tropikach

Bagan zlokalizowane jest w strefie niezwykle aktywnej sejsmicznie. Między 1904 a 1975 roku zanotowano tam ponad 400 trzęsień ziemi. Ostatnie, z 8 lipca 1975 roku uderzyło z siłą prawie 7 stopni w skali Richtera. Katastrofa zrównała z ziemią większość domów, a także uszkodziła wiele świątyń. Do dzisiaj w relatywnie dobrej kondycji przetrwało 2229 świątyń i pagód. Wiele z uszkodzonych budynków sakralnych poddanych zostało renowacji w latach 90-tych przez wojskową juntę, która chciała uczynić Bagan międzynarodową destynacją turystyczną. Zabiegi te spotkały się z olbrzymią krytyką ze strony historyków sztuki. Krytycy zwrócili uwagę, że konserwatorzy nie przejmowali się zbytnio oryginalnym stylem architektury i używali współczesnych materiałów. Rząd utworzył także pole golfowe, asfaltową drogę i zbudował 61-metrową wieżę widokową. Obok lotów balonem i możliwości wdrapania się na jedną ze świątyń, to jedyna możliwość zobaczenia Bagan w całej okazałości. Biorąc jednak pod uwagę zniszczenia jakich dokonują setki turystów wdrapujących się codziennie na te same świątynie, aby zobaczyć zachód słońca, apeluję aby unikać tego rozwiązania.

Birmańska wioska z lotu ptaka. fot. Życie w tropikach

Balon to wznosi się wysoko byśmy mogli w pełni rozkoszować się pięknem tej birmańskiej równiny, to znów opada byśmy mogli przyjrzeć się szczegółom najładniejszych świątyń. Lee kilkukrotnie, majestatycznie obraca balon wokół własnej osi, co umożliwia wszystkim pasażerom na zobaczenie mniej więcej tego samego. Kilka raz wstrzymujemy oddech, gdy nasz pilot niemalże w ostatniej chwili podrywa balon tuż przed pozłacanym szczytem jednej z sakralnych budowli. Z lotu ptaka podziwiamy także kilka typowych birmańskich wiosek skrytych wśród gęstej, bujnej, wiecznie zielonej, tropikalnej roślinności. Rodzice z dziećmi na rękach pokazują swoim pociechom przelatujące nisko balony. Inne, starsze, ochoczo machają do pasażerów. Bagan skąpane we wczesnoporannej mgle i promieniach wschodzącego słońca wygląda jak magiczna kraina rodem z bajki.

fot. Życie w tropikach

Kulminacja

Lee kilkukrotnie komunikuje się z obsługą naziemną balonu w celu ustalenia miejsca lądowania. Po bagańskich bezdrożach gdzieś daleko pod nami pędzą autobusy, które mają nas rozwieźć po hotelach. Dolatujemy do potężnej rzeki Irrawaddy, za którą widnieją wzgórza Szan. Powoli zniżamy lot wciąż obserwując świątynie, których nie jesteśmy w stanie nazwać. Lecimy nisko nad wodą w kierunku dużej, piaszczystej wydmy. Na piasku czeka na nas kilkunastu Birmańczyków. Lee wyrzuca w ich kierunku linę. Silni mężczyźni łapią ją ochoczo i przez dobre kilka minut siłują się z balonem, któremu wcale nie chce się jeszcze lądować. Na komendę pilota przyjmujemy pozycję do lądowania. Po chwili drewniany kosz z impetem uderza w zaspę piachu. Podskakujemy kilka razy, by w końcu się zatrzymać.

Ściąganie balonu na ziemię. fot. Życie w tropikach

Na naszym zaimprowizowanym lądowisku czeka stół nakryty białym obrusem. Na stole znajdują się słodkie przekąski, świeże owoce i kieliszki. – Wszystkie owoce zostały umyte w wodzie pitnej dla Waszego bezpieczeństwa. Ciastka i słodkie bułki nie były myte. – żartuje Lee otwierając szampana. Na lądowisku pojawia się coraz więcej birmańskich gapiów, głównie dzieci. Część z nich chce od nas dostać pamiątkowe, granatowe czapki z daszkiem z napisem “Balloons over Bagan”. Lee jednak prosi, by ich nie rozdawać. – Zauważyliśmy, że czapki lądują potem na straganch z pamiątkami. Jak będziecie je rozdawać to na lądowiska zacznie przybiegać więcej dzieciaków. To nie jest dla nich bezpieczne biorąc pod uwagę nieprzewidywalność lądowania balonu – wyjaśnia. Po szampańskim śniadaniu pakuję się do autobusu. Ostatni raz rzucam okiem na balon, który teraz wygląda jak nieżywa bestia leżąca na piachu. Autobus odwozi mnie do hotelu.

Szampańskie śniadanie. fot. Życie w tropikach

Loty balonem nad Bagan dostępne są od 20 października do 20 marca. Koszt około 45-minutowego lotu w sezonie 2012-2013 wynosi 320 USD za osobę. Rekomenduję rezerwację z możliwie jak największym wyprzedzeniem, gdyż mimo zaporowej ceny chętnych nie brakuje. Mój lot odbył się w styczniu 2011 roku dzięki uprzejmości firmy Eastern Safaris. Od tamtej pory byłem w Bagan jeszcze trzy razy. Twoja wizyta w tym miejscu bez lotu balonem nie będzie kompletna. Nie sposób jest docenić pełni uroku i magii tego miejsca, nie oglądając go z powietrza. Wielu turystów, z którymi rozmawiałem miało dylemat z wydaniem tej kwoty na pojedynczą atrakcję. Po locie wszyscy przyznali, że było warto i że było to jedno z najpiękniejszych podróżniczych doświadczeń ich życia. Gorąco polecam, gdyż i dla mnie było to niezapomniane przeżycie.


Więcej informacji na stronie firmy Eastern Safaris

Kolumbijka na Marsie

Z lotniska Changi wystartowaliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem, podczas którego kisiliśmy się w samolocie w oczekiwaniu, aż obsługa techniczna wymieni zepsuty GPS. Kac po ostatnie imprezie w Ku De Ta Singapore i mała ilość snu nie wpływały pozytywnie na nasze nastroje. Podświadomie denerwowałem się też, jak Karen przyjmie szok związany z cofnięciem się w czasie o kilkadziesiąt lat. W Rangunie zupełnie niespodziewanie przywitał nas mój szef z żoną, wręczając dziewczynie bukiet kwiatów.

Witamy w Yangonie

Pakujemy się do samochodu i po chwili przekraczamy pomalowany na złoty kolor łuk z napisem “Welcome to Yangon”. Barranquilla skąd pochodzi Karen nie jest atrakcyjnym miastem, ale na tle rozpadających się ranguńskich kamiennic, dziurawych dróg i starych, zdezelowanych samochodów prezentuje się całkiem przyzwoicie. Mijamy kiczowaty niebieski billboard z instalacją przedstawiającą zabrudzonego, złotego lwa, mur wokół Mandalay Palace, usłane pagodami Mandalay Hill  i napisem “Welcome to MYANMAR THE GOLDEN LAND”. Karen milczy, choć z jej twarzy nie trudno wyczytać, że chyba słabo ją przygotowałem na to, co tu zastanie. Mijamy jezioro Inya, na brzegu którego znajduje się dom opozycyjnej aktywistki Aung San Suu Kyi i po chwili parkujemy przed 12-piętrowym biało-różowym apartamentowcem. Huczące, napędzane dieselem generatory zwiastują kolejną niespodziankę – znów nie ma prądu.

Welcome to Myanmar, The Golden Land

Mój wydawało się niewielki budżet na mieszkanie wystarczył na wynajęcie ponad 100-metrowego apartamentu z trzema sypialniami, dwoma łazienkami i obszernym salonem. Mój szef, który przy okazji jest kolekcjonerem mebli zadbał o mnie przyzwoicie wstawiając do mieszkania kilka klimatycznych, choć użytecznych antyków. Z portretów na ścianach spoglądają na nas dzieci w tradycyjnych ludowych kostiumach z thanaką (tradycyjnym makijażem) na twarzy. W innych miejscach wiszą ręcznie wykonane figurki zwierząt nawiązujące do animistycznych wierzeń wciąż popularnych w niektórych prowincjach. W trzech miejscach salonu, w dwóch w głównej sypialni i w łazience na Karen czekają świeże kwiaty. Może to pozostałości kaca, zmęczenie i niewyspanie, a może 37 stopni, brak klimatyzacji i niedziałający Internet uniemożliwiający jej kontakt z rodziną i przyjaciółmi sprawił, że na to wszystko, dziewczyna jedynie uśmiechnęła się krzywo. – Prąd zaraz wróci – powiedziałem czując narastające poczucie winy. Ten jednak nie wrócił przez kolejne pięć godzin. To pierwszy tak długi przestój w dostawie elektryczności odkąd tu przyleciałem, a maj to jeden z trzech najgorętszych (obok marca i kwietnia) miesięcy w roku. Leżeliśmy w bezruchu na łóżku czując jak spływają po nas strużki potu.

W Birmie mogą narzekać na wiele rzeczy, ale nie na mieszkanie.

Prądu nie mieliśmy od 6 do 12 godzin na dobę przez kolejne trzy tygodnie. Okazało się, że jacyś partyzanci wysadzili w powietrze jedną z elektrowni gdzieś na północy kraju. Popyt na elektryczność w Birmie i bez tego przekracza podaż i przerwy w jej dostawach są na porządku dziennym. Teraz jednak rząd dodatkowo zmuszony był do wprowadzenia systemu rotacyjnego. Gdy my mieliśmy prąd, sąsiedzi po drugiej stronie ulicy siedzieli po ciemku. I odwrotnie. Ani próby zwiedzania miasta, ani kolacje w fajnych restauracjach, ani nawet wizyta w olśniewającej pagodzie Szwedagon zdawały się nie przekonywać Karen, że dokonała właściwego wyboru. Własciwie to ciężko ją za to winić. Zostawiła dla mnie rodzinę, przyjaciół i dobrą pracę. Do tego szybko przekonała się, że jej typowe kolumbijskie ubrania (krótkie spódniczki, sukienki, szorty, bluzki na ramiączka z dużym dekoltem itp.) nie są w Birmie zbyt dobrze odbierane. Z jej ciemną karnacją, w Rangunie uchodziła za Birmankę. Birmanka w takim stroju i to do tego w towarzystwie obcokrajowca to w głowach tubylców na pewno prostytutka. Atmosfera w domu gęstniała, latynoski temperament dawał o sobie znać coraz częściej, a ja byłem coraz bardziej zawiedziony.

Karen w Shwedagon Paya

– Wyrwałeś Kolumbijkę z jej naturalnego środowiska i wystrzeliłeś na Marsa. Czego się spodziewałeś? – powiedział mój kumpel w odpowiedzi na moje narzekanie, że chyba nie tak sobie to wszystko wyobrażałem. Początek birmańskiej kontynuacji naszego związku zaczętego w Ameryce Południowej nie był łatwy. Zacząłem poważnie rozważać zaproponowanie zakupu biletu powrotnego do domu. Birma nie jest dla wszystkich…

Kolumbijska moda zdecydowanie różni się od birmańskiej…

W międzyczasie skończyło się birmańskie lato. Pierwsze deszcze nadchodzącego monsunu schłodziły powietrze do bardziej znośnych 30 stopni. Zupełnie niespodziewanie rząd naprawił zepsutą elektrownię. Prąd, a więc klimatyzację i Internet mieliśmy średnio 22/24 godziny na dobę. Karen stonowowała nieco garderobę wywołując mniej sensacji na ulicy i zaczęła częściej się uśmiechać. Chwilę potem mój szef zaproponował jej pracę na stanowisku menadżera d/s sprzedaży na rynek Ameryki Łacińskiej. Po przekroczeniu ważności jej pierwszej, turystycznej wizy wybraliśmy się ponownie do Singapuru i Malezji, gdzie aplikowaliśmy o jej wizę biznesową. Po ciągłych walkach z taksówkarzami w Kuala Lumpur, którzy nigdy nie chcieli jechać na licznik (- Licznik? – może w przyszłym tygodniu, ha ha!), Karen wyznała, że tęskni… za Birmą!

Koniec birmańskiego lata. Początek pory deszczowej. Widok z naszego okna.

Wróciliśmy do Rangunu, by za chwilę wybrać się w dwutygodniową podróż służbową do Mandalay, Bagan i Góry Popa. W trakcie zaledwie dwutygodniowego pobytu w ranguńskim biurze odkryliśmy także, że dziewczyna głównego menadżera hotelu The Governor’s Residence pochodzi z Peru. (Europejscy ekspaci wiedzą co dobre!) Nie pozostało nam nic innego jak przedstawić sobie obie panie na comiesięcznej imprezie organizowanej przez British Club. Dziewczyny natychmiast złapały wspólny kod kulturowo-językowy i już planują wspólne wyjście do latynoskiego klubu Hola! – gdzie filipińscy geje porwą je do salsy, a my z Thomasem będziemy mogli robić to, co umiemy najlepiej – pić piwo i oglądać show.

Aye Aye, nasza przewodniczka w Mandalay pomaga Karen dopasować longyi – tradycyjny lokalny strój. Łódź Na Ra Wat w drodze do Mingun po rzece Ayeyarwaddy.

Za tydzień znów jedziemy w trasę. Tym razem w planie jest Pindaya, Kalaw i Inle Lake. Powiedziałem Karen ostatnio, że jak już moje książki będą regularnie gościć na łamach listy bestsellerów The New York Times, to możemy spełnić jej marzenie i kupić dom w Kolumbii. Wszak jako pisarz mogę pracować, gdzie mi się żywnie podoba. – Ale ja już nie chcę wracać do Kolumbii. Życie tutaj jest znacznie ciekawsze! – odpowiedziała wywołując ten wredny uśmiech zwycięzcy na mojej twarzy. Odkąd przekroczyłem lądową granicę ekwadorsko-kolumbisjką, wiedziałem, że to bystry naród. Poradzi sobie nawet na Marsie.

 

 

 

Witamy w Birmie!

Zachód słońca nad jeziorem Inle

Wzrost zapytań o wakacje w Birmie o 630%. W Tajlandii zwołano kryzysową konferencję biur podróży w sprawie nadzwyczaj szybko rosnącej konkurencji tuż za zachodnią granicą. Hotele czterokrotnie podwyższają stawki. Trzy znane linie lotnicze wznawiają lub uruchamiają bezpośrednie połączenia do Rangunu…

– Od października zeszłego roku zanotowaliśmy wzrost zapytań o Birmę o… 630% – mówi Jack – jeden z dwóch nowych menadżerów ds. sprzedaży z brytyjskiego biura podróży będącego zarazem naszym największym klientem. Popijamy w milczeniu zimne Myanmar Beer podziwiając przepiękny zachód słońca nad Golden Rock – złotym kamieniem-buddyjską stupą spoczywającą na skalnej półce w sposób przeczący prawom grawitacji. – W tym sezonie przysyłaliśmy Wam minimum trzech klientów w tygodniu. W przyszłym będziemy Wam przysyłać minimum trzech dziennie. Szkolcie nowych przewodników. Kupujcie samochody. Macie swoje pięć minut. – dodaje.

W pewnym birmańskim biurze podróży…

Golden Rock i ceremonia inicjacji młodych mnichów

– Dzień dobry! Chcieliśmy z żoną wybrać się na jeden z tych ekskluzywnych rejsów po rzece Irrawaddy, które macie w ofercie. Interesuje nas październik tego roku. Jak kształtują się ceny?

– Przykro nam, ale wszystkie miejsca na wszystkich rejsach w październiku są już wyprzedane… w zasadzie to nie ma już żadnych wolnych miejsc do końca roku. – informuje menadżer ds. sprzedaży.

– Poważnie? Musimy w takim razie przełożyć wycieczkę do Birmy na przyszły rok…

– Przykro nam, ale rezerwacje na rejsy na rok 2013 są już zamknięte. Możemy wpisać Państwa na listę oczekujących. Może się coś zwolni… Ewentualnie może Pan wpłacić bezzwrotny depozyt na 2014 rok, choć ostateczne ceny nie będą jeszcze znane przynajmniej przez kilka miesięcy…

 Następnego dnia w The Strand Hotel…

Teashop w Rangunie

Siedzę w klasycznym barze w The Strand – najstarszym i jednym z najlepszych hoteli w Rangunie pamiętającym czasy brytyjskiej kolonizacji. Obok mnie trwa spotkanie Country Managera jednego ze znanych, brytyjskich biur podróży i Sales Managera dobrego, ranguńskiego hotelu zbudowanego przez Singapurczyków. Nadstawiam uszy…

 – To jaką proponujecie stawkę na przyszły sezon? – pyta Brytyjczyk

– 220 USD za dobę. – odpowiada Birmanka.

– A ile było w tym sezonie? 

100 USD…

– Czyli co mamy? Wzrost o 120%?

– No tak…

– We łbach się Wam poprzewracało! Jeszcze zobaczycie! Za kilka lat popyt się nieco ustabilizuje, otworzą się nowe hotele. Jeszcze będziecie żebrać o nasz biznes! – krzyczy Brytyjczyk i opuszcza bar.

Mnich w Inwa, okolice Mandalay

Zawstydzona Birmanka udaje, że jej tu nie ma i patrzy w podłogę. Nie ma się jednak czym przejmować, bo klienci i tak będą szturmować hotel, w którym pracuje niezależnie od cen. Półtora roku temu spędziłem jedną noc w czterogwiazdkowym hotelu za 80 USD i jedną noc w hotelu dwugwiazdkowym za 30 USD. Dziś oba kosztują cztery razy tyle czyli odpowiednio 240 i 120 USD.

Rezerwując hotel czy to przez biuro podróży czy osobiście nie zdziw się, gdy Twoja rezerwacja zostanie anulowana w ostatniej chwili. Dlaczego? Po tym jak „kupiłeś” pokój, nie został on oznaczony jako niedostępny, a wystawiony na sprzedaż w internecie za cenę dużo wyższą niż ty zapłaciłeś. Może trafi się jakiś Chińczyk, który zapłaci 100 USD więcej niz ty. I wtedy twoja rezerwacja znika. Ewentualnie po przybyciu dowiesz się, że musisz dopłacić 25%, bo cena właśnie dzisiaj uległa zmianie. Nie podoba się? Tam są drzwi. Zaryzykujesz szukania innego miejsca do spania w szczycie sezonu? Umowy między hotelami, a biurami podróży nie są respektowane, a zakontraktowane stawki właśnie przestały obowiązywać… po raz trzeci w tym roku. Niemożliwe? To jest Birma mój przyjacielu… tu wszystko jest możliwe.

A na ulicy…

Hsipaw, Północny Stan Szan

Trochę ponad 12 miesięcy wystarczyło, by na birmańskiej ulicy dostrzec zmiany gołym okiem. Spaceruję University Avenue, którą do 2011 roku nie można było nawet przejechać taksówką. Mijam wysoki mur zakończony drutem kolczastym, nad którym dumnie powiewają czerwone flagi z emblematem National League for Democracy. (NLD) To dom Aung San Suu Kyi – w zeszłym roku więźnia politycznego trzymanego w areszcie domowym, w tym członkini parlamentu negocjującej z prezydentem kraju jak otworzyć Birmę na świat.

Na skrzyżowaniu z Kaba Aye Pagoda Road jest wojskowy posterunek. Żołnierze uśmiechają się serdecznie. Jestem stałym bywalcem okolicznej knajpy. Widzieli mnie tu wiele razy. Tuż obok posterunku znajduje się zaimprowizowany sklep z materiałami propagandowymi NLD. Dominują koszulki z twarzą „The Lady”, plakaty z nią samą i jej ojcem – generałem Aung San, który wykopał z Birmy Brytyjczyków oraz breloczki, plakaty, magnesy na lodówkę… W zeszłym roku za samo wspomnienie imienia „Aung San Suu Kyi” można było znaleźć się w tarapatach. Dziś jednak, Birma to zupełnie inny kraj.

Z zadumy nad szybkością zmian wyrywa mnie pisk opon i ryk sportowego silnika. Między zdezelowanymi, ponad 20-letnimi taksówkami manewrują dwa nowiutkie, błyszczące, sportowe auta. Ot, kolejny widok, na który rok temu po prostu nie można było trafić.

Nie chcę wspierać wojskowej junty…

Loikaw, stan Kayah

Wielu podróżników i amatorskich komentatorów politycznych, o których nie trudno także i w polskiej blogosferze nie wierzy w uczciwość byłych generałów i prawdziwość wielkiego birmańskiego otwarcia. Biorąc pod uwagę zawiłą historię Birmy, nie są to wątpliwości bezpodstawne. Powtarzanie jednak oklepanych schematów za Lonely Planet o niewspieraniu wojskowej junty turystycznymi dolarami wkurza mnie jak mało co. Złote rady przewodnika, o którego wiarygodności można między innymi przeczytać w doskonałej książce Thomasa Kohnstamma, „Do Travel Writers Go to Hell?” nigdy nie były szczególnie trafne. Zasada unikania rządowych hoteli i usług była śmieszna i niefektywna. Fajnie jest wierzyć, że robi się coś dobrego śpiąc w prywatnych hotelach i jeżdząc autobusami należącymi do prywatnych firm zamiast pociągiem (birmańskie koleje należą do państwa).

Jeszcze fajniej jest jednak myśleć samodzielnie i uświadomić sobie, że żaden biznes w tym kraju nie ma prawa istnieć bez sowitych łapówek, drogich koncesji i trudnodostępnych licencji, które też darmowe nie są. Firma, w której pracuję jest jednym z największych, prywatnych, niezależnych biur podróży w tym kraju. Czy myślisz, że zbudowanie firmy posiadającej trzy biura w terenie, ponad 20 samochodów i zatrudniającej 150 osób na terenie całego kraju byłoby możliwe gdyby nie bliskie kontakty właścicieli z byłą już juntą wojskową? Czy myślisz, że wybudowanie wielopiętrowego wieżowca pod luksusowy hotel w centrum Rangunu byłoby możliwe, gdyby spora suma pieniędzy nie zmieniła właścicieli przed rozpoczęciem projektu? Czy myślisz, że lokalny guesthouse polecany w przewodnikach odniósłby sukces, gdyby regularnie nie odprowadzał różnego rodzaju „podatków” do rządu?

Lot balonem nad Bagan

Generałowie zamienili mundury na garnitury ponad rok temu, wypuścili (większość) więźniów politycznych, zwolnili z aresztu domowego Aung San Suu Kyi, zorganizowali wolne wybory uzupełniające do parlamentu – pierwsze od ponad 20 lat. Zachód zareagował natychmiast zawieszeniem lub całkowitym zniesieniem większości sankcji. Zachodni przywódcy są albo niespełna rozumu, albo uwierzyli, podobnie jak ja, że byli już generałowie w końcu poszli po rozum do głowy i uświadomili sobie, że demokratyzacja i modernizacja kraju po prostu im się opłaca.

Birma 2012

Lonely Planet umieściła Birmę na drugim miejscu w TOP 10 krajów wartych odwiedzenia w 2012 roku. Dla New York Times jest to numer jeden. Szybkość zmian zachodząca w Birmie jest wprost niewyobrażalna. Na każdym kroku otwierają się nowe restauracje, bary, hotele. Na ulicach pojawia się coraz więcej nowych samochodów. Imigracyjne kolejki na lotnisku ciągną się w nieskończoność, a „Visa on Arrival” dostępna jest tylko dla biznesmenów, gdyż uruchomienie usługi dla turystów zwyczajnie zakorkowałoby lotnisko.

Wyspa Macleod, Archipelag Mergui

Wraz ze zniesieniem lub zawieszeniem międzynarodowych sankcji, do wejścia na rynek szykują się międzynarodowe banki i operatorzy najbardziej popularnych kart kredytowych. 120 Singapurskich biznesmenów obsługiwanych na miejscu przez firmę w której pracuję właśnie przyleciało do Rangunu. Mój szef spędził cały dzień z inwestorami z Japonii, którzy właśnie przylecieli wyczarterowanym samolotem z Osaki. Chińczycy chcą zbudować 30 hoteli na dotychczas prawie pustym Archipelagu Mergui. 29 osób złożyło depozyty w wysokości miliona dolarów, aby stanąć do walki o koncesję na otwarcie pierwszego birmańskiego McDonalda…

Następne 1,5 roku to ostatnie miesiące na zobaczenie Birmy taką, jaka jest naprawdę – pełną życzliwych ludzi niezepsutych przez zachodnich turystów, kolonialnych jeszcze nieodrestaurowanych budynków, magicznych krajobrazów niezniszczonych przez obecne na każdym kroku sieciowe fastfoody i kawiarnie. Zaplanuj wakacje w Birmie już dziś. Jutro może być za późno.

Artykuł oryginalnie ukazał się w portalu Monoloco.pl

Wyspa Macleod

Ruchoma przystań na wyspie Macleod. Kwiecień 2012. fot. Marek w tropikach

Wzgórze porośnięte gęstą, zieloną dżunglą wystaje z błękitnej wody Morza Andamańskiego. Motorówka wpływa do spokojnej zatoki zakończonej długą, białą plażą. Tuż za nią w cieniu rozłożystych tropikalnych drzew kryje się kilkanaście prostych, choć stylowych bungalowów. Dopływamy spokojnie do drewnianej platformy unoszącej się na dużych, niebieskich, plastikowych beczkach, kilkanaście metrów od brzegu. Motorówka cumuje, a my gramolimy się na pomost. Roześmiani pracownicy Myanmar Andaman Resort pomagają gościom z bagażami, a następnie przeciągają grubą linę, która powoli przyciąga platformę do brzegu. Wszyscy nowoprzybyli jak jeden mąż wesoło pomagają z liną rytmicznie licząc ruchy: i raz… i dwa… i trzy…

Takich plaży próżno szukać u wschodnich sąsiadów! ;-). Kwiecień 2012. fot. Marek w tropikach

Na brzegu wita nas reszta wyspiarzy, którzy ochoczo zabierają nasze bagaże do bungalowów. Część gości idzie razem z nimi, gdyż nie jest to ich pierwsza wizyta i wiedzą co robić. Ja zostaję zabrany do recepcji, gdzie przy powitalnym drinku dostaję kilka instrukcji związanych z bezpieczeństwem. – Cała wyspa porośnięta jest prawdziwą dżunglą, więc zachowuj się tak, jakbyś w niej przebywał. Wieczorem ścieżki są oświetlone, ale patrz pod nogi, bo nigdy nie wiesz co tam zastaniesz. Śpij pod moskitierą nie tylko z uwagi na komary, ale też inne zwierzęta, które w nocy mogą zechcieć wpełznąć ci do łóżka. W zeszłym roku stanęłam oko w oko z królewską kobrą, która wpadła z wizytą i uwierz mi, że nie było to miłe doświadczenie. Gdy siadasz w barze, sprawdź czy krzesło na pewno jest wolne. Mamy tu czarne skorpiony. – instruuje menadżerka ośrodka. – Nie chcę cię straszyć, a jedynie uczulić na potencjalne scenariusze. Taka jest cena wakacji na tropikalnej wyspie z dala od cywilizacji. – dodaje.

Morze Andamańskie na wyspie Macleod. Kwiecień 2012. Fot. Marek w tropikach

Zaliczam pierwszą kąpiel w niemalże przezroczystym morzu, które w tym miejscu mam tylko dla siebie. Przed udaniem się na kolację w ośrodkowej restauracji, zahaczam o hotelowy bar, gdzie wychylam Macleod Ice Tea. Nie dajcie się zmylić nazwie. To najmocniejszy drink jaki kiedykolwiek piłem w Azji. Już  po dwóch szklaneczkach zaczyna kręcić mi się w głowie. Jak na wyspę odciętą od cywilizacji, na której nie ma innych opcji kulinarnych, kolacja jest całkiem niezła. Kilka dni w tym tropikalnym raju na ziemi to więcej kolacji i lunchy, co tylko przekonuje mnie do zdolności lokalnego szefa kuchni. Na śniadania zawsze są jajka w różnej formie, tosty z dwoma rodzajami dżemu, płatki śniadaniowe z mlekiem, soki owocowe, kawa i herbata. Nienajgorzej zakładając, że ośrodek przyciąga głównie płetwonurków, którzy słyną z jedzenia lekkich śniadań.

Myanmar Andaman Resort widziany z punktu widokowego na wyspie Macleod

Skoro o nurkowaniu mowa, to 9 na 10 gości obecnych w hotelu, poranki spędza pod wodą. Nie inaczej było i w moim przypadku. Korzystając z pobytu na nietkniętych rafach koralowych zrobiłem kurs Advanced Open Water. Pod wodę zszedłem w sumie sześć razy. Pierwszy to był popołudniowy check dive na którym instruktor sprawdził czy niczego nie zapomniałem. Nurkowaliśmy na nienajgorszej house reef, na którą można się dostać, wchodząc do wody bezpośrednio z plaży. W ramach kursu zaliczyłem obowiązkowy deep dive (36 metrów) i advanced compass navigation. W ramach nurków dodatkowych wybrałem drift dive (nurkowanie w prądzie), peak buoyancy performance (kontrola pływalności) i night dive. Oficjalna widoczność pod wodą wokół wyspy Macleod wynosi od 5 do 45 metrów w zależności od pogody, prądów morskich i nurkowiska. W moim przypadku jednak maksymalna widoczność wyniosła 20 metrów, w trakcie nurkowania w miejscu znanym jako „The Arch”. W przypadku pozostałych zejść pod wodę było słabiej. Relatywnie niska widoczność spowodowana jest dużą ilością planktonu radośnie niesionego przez podwodne prądy. Znawcy jednak wiedzą, że dużo planktonu = dużo ciekawych ryb = ładna rafa koralowa.

Nurkowanie na Archipelagu Mergui. Kwiecień 2012. fot. Marek w tropikach

Nurkowanie wykańcza jak mało który sport. Polunchowe popołudnia spędzam więc drzemiąc i czytając podręcznik do kursu Advanced Open Water. Cudem znajduję czas na odprężający oil massage i wejście na jedną z okolicznych gór, z której rozciąga się rewelacyjny widok na całą wyspę Macleod i okolice. Pięć nocy i sześć dni to zdecydowanie za mało, by w pełni nacieszyć się tym rajem na ziemi, zwłaszcza gdy większość czasu spędza się pod wodą. Na początek jednak tyle musiało mi wystarczyć, by spełnić swoje marzenie o odwiedzeniu praktycznie nietkniętego przez człowieka Archipelagu Mergui, na który składa się ponad 800 wysp i wysepek. Ponownie wybieram się w drugiej połowie września. Mam nadzieję, że szalejący monsun, który oficjalnie trwa od maja do października nie pokrzyżuje moich planów…

PS. Od 1 maja 2012 roku wyspą Macleod i Myanmar Andaman Resort zarząda pewien Polak, którego imienia na razie nie zdradzę. To kolejny powód by miejsce to odwiedzić właśnie teraz! 🙂   

Wybory Miss Kawthoung

Widok z okna Kawthoung Motel Kawthoung, Marzec 2012. fot. Marek w tropikach.

Kawthoung to najdalej wysunięta na południe birmańska ostoja cywilizacji granicząca z Ranong po tajskiej stronie granicy. Mała wioska ewoluowała do miasteczka za sprawą turystów i ekspatów w Tajlandii, którzy przyjeżdżają tutaj by przedłużyć sobie tajską wizę. Dla mnie to pierwszy przystanek w drodze na rajską wyspę Macleod.

Lot z Rangunu do Kawthoung trwa prawie trzy godziny. Turbośmigłowy samolot ma dwa międzylądowania w Daweik i Myeik, gdzie także tankuje. Na płycie lotniska czeka na mnie mój przewodnik. Na potrzeby tej historii nazwijmy go Stefan. Zastanawiam się chwilę, skąd Stefan wie, że ja to ja, bo zupełnie nie zauważyłem, że byłem jedynym białym na pokładzie. Stefan zabiera mi paszport, by pokazać go urzędnikom imigracyjnym (taki jest wymóg w wielu częściach kraju) i zaprasza do samochodu. Jedziemy po nienajgorszej drodze ciągnącej się wzdłuż Morza Andamańskiego wśród zielonych palm. Stefan zabiera mnie na lunch do restauracji „Smile”, gdzie zamawiam „Hot&Sour Chicken Thai Style”. Pożar wybucha mi w ustach po skosztowaniu potrawy, która smakuje dokładnie tak, jak w sąsiedniej Tajlandii. To zdecydowanie najlepsze tajskie żarcie jakie miałem odkąd przyjechałem do Myanmaru. Dziwny uśmiech gości na mej twarzy. Kawthoung nie jest już jak reszta Birmy. Nie jest jednak jeszcze jak Tajlandia, mimo, że wszyscy używają tu tajskiej sieci GSM, która ma o wiele lepszy zasięg niż te dostępne w Myanmarze. Po lunchu, który stawia Stefan mimo moich gorących protestów, kwateruję się w Kawthoung Motel. Dostaję prosty pokój, o którym nie warto się rozpisywać. Klimatyzacja nie działa. Wiatraka nie ma. A nawet gdyby był, to co z tego skoro nie ma prądu? Otwieram okno i drzwi wejściowe od pokoju na oścież, aby zaimprowizować chociażby podstawową cyrkulację morskiej bryzy. Apartament typu „Full Sea View” rekompensuje mi niezamykającą się, dziurawą moskitierę. Zapowiada się ciekawa noc, choć na razie czas na popołudniową drzemkę.

Deptak wzdłuż wybrzeża w Kawthoung, Marzec 2012. fot. Marek w tropikach

Wieczorem znów spotykam się ze Stefanem, który swoim motocyklem zabiera mnie na romantyczne oglądanie zachodu słońca z lokalnego wzgórza. Dojeżdżamy jednak za późno i gdy docieramy na miejsce to nie ma już co oglądać. Wracamy do miasteczka i znów lądujemy w restauracji „Smile”, która tym razem mieści się w innym budynku. Stefan szybko się kapnął, że lubię ostre żarcie. Po kilkunastu minutach od złożenia zamówienia na naszym stole ląduje kilka potraw z kuchni birmańskiej i kilka z tajskiej oraz kufle z piwem, które nigdy się nie kończy dzięki uroczej kelnerce, która czuwa przy naszym stole. Do biesiady wkrótce przyłącza się kilku przyjaciół Stefana. Razem jemy, pijemy i podziwiamy występ 12 ubranych w tradycyjne stroje dziewczyn śpiewających coś ze sceny. No dobra, podziwiają to może oni, podczas gdy ja zastanawiam się jak bardzo trzeba być głuchym by stworzyć tak okropną muzykę. Moje zdanie zdaje się podzielać dwóch innych obcokrajowców, którzy jedynie przejrzeli 30-stronicowe menu i pod pretekstem braku interesujących potraw opuścili lokal. Dziewczyny ruszają się tak, jakby chciały, a nie mogły. Niemrawe striptizerki na Soi Cowboy w Bangkoku to przy nich mistrzynie tańca….

Plakat reklamujący kampanię przeciwko HIV/AIDS w Kawthoung. "Restauracja" Smile jest kilkadziesiąt metrów dalej... Marzec 2012, fot. Marek w tropikach

Birmańskie przedstawienie oczywiście nie ma charakteru erotycznego. Jesteśmy przecież w cywilizowanej restauracji, która być może jest najlepszym lokalem w mieście. W pewnym momencie jednak jedna z dziewczyn otrzymuje szarfę przypominającą tę, jaką dostają miss czegoś tam na wszelkiego rodzaju krajowych i międzynarodowych plebiscytach piękności. – Dziewczyna została kupiona przez jednego z klientów restauracji. – wyjaśnia Stefan. – 5000 dżatów za krótki numerek – dodaje. 5000? To trochę ponad 6 dolarów, czyli jakieś 20 złotych. Niewiarygodne… Kilka innych dziewczyn także dostaję szarfę tego wieczoru. Ta pierwsza jednak najwidoczniej podobała się najbardziej, bo w sumie szarf dostaje trzy. Szykuje się pracowita noc…

Wraz z kumplami Stefana przenosimy się motocyklami do klubu karaoke, który mieści się w prywatnym domu. Ponad czterdziestoletnie chłopaki zawodzą na przemian do mikrofonów w rytm okropnych birmańskich piosenek. Gdy nie śpiewają, walczą o względy o połowę młodszych pracowniczek klubu, które w niejasnych okolicznościach się do nas przysiadły. Wyraz twarzy dziewczyn i zachowanie wyraźnie sugeruje, że nie są zainteresowane. Ja jak zwykle mam pecha. Nie dość, że jestem biały, to do tego młody i przystojny (tak mi ciągle Azjatki powtarzają, więc proszę nie kwestionować). Co kilka minut muszę odklejać od siebie napaloną siedemnastolatkę, która robi wszystko by spędzić ze mną noc. Kończymy imprezę około pierwszej nad ranem. Stefan odwozi mnie zygzakiem do motelu, gdzie z ulgą stwierdzam, że już jest prąd (włączają po 18), klimatyzacja działa, a duża ilość piwa znieczula na ukąszenia moskitów.

Plaża na wyspie Macleod. Kwiecień 2012, fot. Marek w tropikach

Rano przypominam sobie, że całą noc walczyłem ze Stefanem o to, żeby zapłacić cokolwiek za nas dwóch lub chociaż za siebie. Niestety nie udało mi się ani teraz, ani w drodze powrotnej do Rangunu, gdy spędziłem w Kawthoung kolejną dobę jedząc ostre tajskie żarcie i podziwiając wręczanie szarf lokalnym dziewczynom. Stefan musiał wydać na nas ze 150 USD, co próbowałem zrekompensować mu w postaci sowitego napiwku za usługi przewodnika. Znów poległem, bo Stefan nie bierze napiwków od przyjaciół. Ot birmańska gościnność. Po południu złapałem motorówkę do Myanmar Andaman Resort na wyspie Macleod, gdzie zamierzałem spędzić kolejne kilka dni. O tym niezwykłym miejscu opowiem Wam jednak za tydzień.