Archiwa blogu

Witamy w Australii?

Urzędnik imigracyjny zadaje nam kilkanaście dziwnych pytań w stylu “Dlaczego przywieźliście ze sobą dolary amerykańskie skoro my tu używamy australijskich?”; “Dlaczego nie zarezerwowaliście sobie zorganizowanej wycieczki?”; “Dokąd dokładnie się udajecie i jak zamierzacie się tam dostać? Usatysfakcjonowany naszymi odpowiedziami, wstemplowuje pozwolenie na pobyt do naszych paszportów i przekazuje nas facetowi, który wygląda jak agent służb specjalnych. Ten powtarza te same pytania i zadaje kilka dodatkowych. Wypytuje o firmę dla której pracujemy w Birmie i zanotowuje sobie nasze adresy e-mail. “Rozmawiamy z losowymi osobami, aby zebrać trochę informacji” – wyjaśnia. Polsko-kolumbijska para żyjąca w Birmie i wybierająca się na wakacje do Australii wygląda na bardzo losowy wybór.

Caulfield Town Hall, Melbourne. Photo: Life in the Tropics

Celnicy kierują ludzi, których chcą dokładnie przeszukać na lewo. My zostajemy skierowani na prawo przez drzwi prowadzące do sali przylotów lotniska międzynarodowego w Melbourne. Pani w okienku kantoru ma bardzo niezadowoloną twarz na nasz widok. “Jeszcze tak” brzmi jej odpowiedź na pytanie czy możemy jeszcze wymienić pieniądze. Równie niezadowolony facet sprzedaje nam bilety na autobus, który ma nas zabrać do centrum Melbourne. Moje doświadczenia wskazują jednak, że Australijczycy to jednak mili ludzie, chyba że akurat pracują na lotnisku na nocną zmianę.

Melbourne Visitor Centre. Photo: Life in the Tropics

Melbourne Visitor Centre. Photo: fot. Zycie w tropikach

Autobus dojeżdża do stacji Southern Cross krótko przed pierwszą nad ranem. Tim – starszy Nowozelandczyk zabiera nas do swojego samochodu. Zarezerwowałem u niego cztery noclegi za pośrednictwem jednej z popularnych stron bo rezerwacji kwater prywatnych. “Prawie czuję się jak taksówkarz” – mówi Tim, gdy oboje siadamy na tylnej kanapie jego samochodu. Natychmiast przypomina mi się sytuacja z Anglii sprzed około 10 lat, kiedy to zrobiłem zasadniczo identyczną rzecz. Właścicielka podlondyńskiego Bed&Breakfast strasznie się wściekła, że potraktowałem ją jak taksówkarkę albo prywatną szoferkę. Ta jedna sytuacja właściwie zdefiniowała nasze relacje na mój cały pobyt. Jak widać, to doświadczenie niczego mnie nie nauczyło. Na szczęście Tim okazuje się być zrelaksowanym i gościnnym gospodarzem. Przez najbliższe kilka dni zabierze nas do Brighton i St. Kilda – dwóch interesujących dzielnic Melbourne. Będzie dla nas gotował, a także przygotuje urodzinową kolację, gdyż w tym roku postarzenie się o kolejny rok będę celebrował właśnie tutaj.

 
O wrażeniach z Melbourne opowiem Wam za tydzień.

 

Reklamy

Australiana

Australia pobudzała moją wyobraźnię od najmłodszych lat. Od potężnego Harbour Bridge i słynnego budynku opery w Sydney przez piekący outback z wesoło pląsającymi kangurami po otaczające kontynent morza i oceany pełne rekinów i innych krwiożerczych istot tylko czychających na okazję by pozbawić Cię życia. Zawsze chciałem polecieć do Australii, choć do tej pory pomysł ten wydawał się być jedynie nierealnym marzeniem. Zlokalizowana na końcu świata Australia odstraszała odległością, cenami i czasem potrzebnym na penetrację jej gorącego wnętrza.

Sydney Bridge Harbour as seen from the deck of the ferry crusing between Clarke Quay and Manly. Photo: Life in the Tropics

Sydney Harbour Bridge widziany z promu kursującego między Clarke Quay i Manly. fot. Zycie w tropikach

Australia przybliżyła się do mnie geograficznie gdy zamieszkałem w Bangkoku, choć pensja nauczyciela (nawet uniwersyteckiego) nie pozwoliła by mi na swobodne podróżowanie po tym kraju. Opuszczając Azję Południowowschodnią na rzecz Ameryki Południowej, wizja ujeżdżania kangurów na pustyni znów oddaliła się na niezidentyfikowane “kiedy indziej”. Zeszłoroczny powrót do Azji, godne wynagrodzenie w nowej pracy i tęsknota za cywilizacją związana z zamieszkaniem w Birmie sprawiły, że kupiłem bilety w pierwszej nadażającej się promocji.

Sydney Opera House. Photo: Life in the Tropics

Sydney Opera House. fot. Zycie w tropikach

Przez Internet aplikowałem o eVisitor pass, który został błyskawicznie przyznany. Potencjalnym problemem była wiza dla Karen. Australia jak na każdy cywilizowany kraj przystało automatycznie zakłada, że jak ktoś pochodzi z Kolumbii to na pewno do Australii przyjeżdża nielegalnie pracować, albo sprzedawać narkotyki. Pani w okienku w ambasadzie Australii w Rangunie nie pozostawiła żadnych złudzeń – nie ma wyciągu z konta bankowego, to nie będzie wizy. I to w kraju, gdzie zarówno my jak i pracownicy ambasady, konta w banku mieć nie mogą, a wynagrodzenie dostają w gotówce… Kilka maili po znajomych i kilka dni później wylądowaliśmy na bankiecie, na którym obecna była ponad połowa pracowników ambasady. Poznaliśmy się z zastępcą ambasadora w Rangunie, wymieniliśmy się wizytówkami. Kilka dni później wysłałem maila do nowego znajomego naświetlając sprawę i prosząc o radę. Odpowiedź była krótka, acz rzeczowa: “Niech aplikuje. Zobaczymy co da się zrobić.”. Pani w okienku widząc, że dokumenty zaadresowane są do samego zastępcy szefa placówki dyplomatycznej nie robiła żadnych problemów. Kilka dni później Karen dostała wizę. A więc lecimy do Australii.

Melbourne Skyline

Melbourne. fot. Zycie w tropikach

Szybkość i intensywność pracy i życia w Birmie sprawiła, że polecieliśmy bez konkretnego planu. Wylądowaliśmy w Melbourne 17 kwietnia przed północą. Do dyspozycji mamy ok. 5 tygodni. Wylatujemy z Gold Coast. Chcemy nacieszyć się cywilizowanym miastami, spędzić trochę czasu na pustyni i odpocząć na plaży. Ja do tego chcę zejść pod wodę na Wielkiej Rafie Koralowej. Z tak luźnym planem nie wiele może się nie udać. Co się wydarzy, pokaże czas.

Relacje z Australii już wkrótce!