Witamy w Australii?

Urzędnik imigracyjny zadaje nam kilkanaście dziwnych pytań w stylu “Dlaczego przywieźliście ze sobą dolary amerykańskie skoro my tu używamy australijskich?”; “Dlaczego nie zarezerwowaliście sobie zorganizowanej wycieczki?”; “Dokąd dokładnie się udajecie i jak zamierzacie się tam dostać? Usatysfakcjonowany naszymi odpowiedziami, wstemplowuje pozwolenie na pobyt do naszych paszportów i przekazuje nas facetowi, który wygląda jak agent służb specjalnych. Ten powtarza te same pytania i zadaje kilka dodatkowych. Wypytuje o firmę dla której pracujemy w Birmie i zanotowuje sobie nasze adresy e-mail. “Rozmawiamy z losowymi osobami, aby zebrać trochę informacji” – wyjaśnia. Polsko-kolumbijska para żyjąca w Birmie i wybierająca się na wakacje do Australii wygląda na bardzo losowy wybór.

Caulfield Town Hall, Melbourne. Photo: Life in the Tropics

Celnicy kierują ludzi, których chcą dokładnie przeszukać na lewo. My zostajemy skierowani na prawo przez drzwi prowadzące do sali przylotów lotniska międzynarodowego w Melbourne. Pani w okienku kantoru ma bardzo niezadowoloną twarz na nasz widok. “Jeszcze tak” brzmi jej odpowiedź na pytanie czy możemy jeszcze wymienić pieniądze. Równie niezadowolony facet sprzedaje nam bilety na autobus, który ma nas zabrać do centrum Melbourne. Moje doświadczenia wskazują jednak, że Australijczycy to jednak mili ludzie, chyba że akurat pracują na lotnisku na nocną zmianę.

Melbourne Visitor Centre. Photo: Life in the Tropics

Melbourne Visitor Centre. Photo: fot. Zycie w tropikach

Autobus dojeżdża do stacji Southern Cross krótko przed pierwszą nad ranem. Tim – starszy Nowozelandczyk zabiera nas do swojego samochodu. Zarezerwowałem u niego cztery noclegi za pośrednictwem jednej z popularnych stron bo rezerwacji kwater prywatnych. “Prawie czuję się jak taksówkarz” – mówi Tim, gdy oboje siadamy na tylnej kanapie jego samochodu. Natychmiast przypomina mi się sytuacja z Anglii sprzed około 10 lat, kiedy to zrobiłem zasadniczo identyczną rzecz. Właścicielka podlondyńskiego Bed&Breakfast strasznie się wściekła, że potraktowałem ją jak taksówkarkę albo prywatną szoferkę. Ta jedna sytuacja właściwie zdefiniowała nasze relacje na mój cały pobyt. Jak widać, to doświadczenie niczego mnie nie nauczyło. Na szczęście Tim okazuje się być zrelaksowanym i gościnnym gospodarzem. Przez najbliższe kilka dni zabierze nas do Brighton i St. Kilda – dwóch interesujących dzielnic Melbourne. Będzie dla nas gotował, a także przygotuje urodzinową kolację, gdyż w tym roku postarzenie się o kolejny rok będę celebrował właśnie tutaj.

 
O wrażeniach z Melbourne opowiem Wam za tydzień.

 

Australiana

Australia pobudzała moją wyobraźnię od najmłodszych lat. Od potężnego Harbour Bridge i słynnego budynku opery w Sydney przez piekący outback z wesoło pląsającymi kangurami po otaczające kontynent morza i oceany pełne rekinów i innych krwiożerczych istot tylko czychających na okazję by pozbawić Cię życia. Zawsze chciałem polecieć do Australii, choć do tej pory pomysł ten wydawał się być jedynie nierealnym marzeniem. Zlokalizowana na końcu świata Australia odstraszała odległością, cenami i czasem potrzebnym na penetrację jej gorącego wnętrza.

Sydney Bridge Harbour as seen from the deck of the ferry crusing between Clarke Quay and Manly. Photo: Life in the Tropics

Sydney Harbour Bridge widziany z promu kursującego między Clarke Quay i Manly. fot. Zycie w tropikach

Australia przybliżyła się do mnie geograficznie gdy zamieszkałem w Bangkoku, choć pensja nauczyciela (nawet uniwersyteckiego) nie pozwoliła by mi na swobodne podróżowanie po tym kraju. Opuszczając Azję Południowowschodnią na rzecz Ameryki Południowej, wizja ujeżdżania kangurów na pustyni znów oddaliła się na niezidentyfikowane “kiedy indziej”. Zeszłoroczny powrót do Azji, godne wynagrodzenie w nowej pracy i tęsknota za cywilizacją związana z zamieszkaniem w Birmie sprawiły, że kupiłem bilety w pierwszej nadażającej się promocji.

Sydney Opera House. Photo: Life in the Tropics

Sydney Opera House. fot. Zycie w tropikach

Przez Internet aplikowałem o eVisitor pass, który został błyskawicznie przyznany. Potencjalnym problemem była wiza dla Karen. Australia jak na każdy cywilizowany kraj przystało automatycznie zakłada, że jak ktoś pochodzi z Kolumbii to na pewno do Australii przyjeżdża nielegalnie pracować, albo sprzedawać narkotyki. Pani w okienku w ambasadzie Australii w Rangunie nie pozostawiła żadnych złudzeń – nie ma wyciągu z konta bankowego, to nie będzie wizy. I to w kraju, gdzie zarówno my jak i pracownicy ambasady, konta w banku mieć nie mogą, a wynagrodzenie dostają w gotówce… Kilka maili po znajomych i kilka dni później wylądowaliśmy na bankiecie, na którym obecna była ponad połowa pracowników ambasady. Poznaliśmy się z zastępcą ambasadora w Rangunie, wymieniliśmy się wizytówkami. Kilka dni później wysłałem maila do nowego znajomego naświetlając sprawę i prosząc o radę. Odpowiedź była krótka, acz rzeczowa: “Niech aplikuje. Zobaczymy co da się zrobić.”. Pani w okienku widząc, że dokumenty zaadresowane są do samego zastępcy szefa placówki dyplomatycznej nie robiła żadnych problemów. Kilka dni później Karen dostała wizę. A więc lecimy do Australii.

Melbourne Skyline

Melbourne. fot. Zycie w tropikach

Szybkość i intensywność pracy i życia w Birmie sprawiła, że polecieliśmy bez konkretnego planu. Wylądowaliśmy w Melbourne 17 kwietnia przed północą. Do dyspozycji mamy ok. 5 tygodni. Wylatujemy z Gold Coast. Chcemy nacieszyć się cywilizowanym miastami, spędzić trochę czasu na pustyni i odpocząć na plaży. Ja do tego chcę zejść pod wodę na Wielkiej Rafie Koralowej. Z tak luźnym planem nie wiele może się nie udać. Co się wydarzy, pokaże czas.

Relacje z Australii już wkrótce!

Ale Sajgon!

Bicie dzwonów na katedrze Notre Dame zaprasza na popołudniową mszę. Hordy głośnych azjatyckich turystów bardziej zainteresowanych pstryknięciem sobie wspaniałego zdjecią z kościołem w tle niż piękną architekturą tego starego francuskiego budynku przepychają się na małym, zielonym skwerze. Kilkuosobowa rodzina z dziećmi kuca na chodniku przy starszej pani sprzedającej ciepłe bagietki wypełnione smażonymi jajkami. Promienie późnego popołudniowego słońca rzucają miękkie światło na rowerowe riksze wiozące białych turystów z nadwagą. Miła, uśmiechnięta kelnerka przynosi mi filiżankę nadal parzącej się czarnej kawy o silnym aromacie.

Vietnamese Coffee. Photo: Life in the Tropics

Kawa po wietnamsku. fot. Zycie w tropikach

– Halo! Cześć! Dzień Dobry! Dobry wieczór! Gdzie idziesz? Chcesz motocykl? Jedziemy na bazar? Do pagody? Do muzeum? – pyta mnie niemalże każdy napotkany kierowca motocykla. Żadna ilość “Nie, dziękuję” nie wydaje się być wystarczająca by ich zniechęcić. Cisza, brak odpowiedzi lub zwykłe zignorowanie także nie działa. – Dzień dobry! Dobry wieczór! Chcesz dziewczynę? Masaż? Masaż z piękną dziewczyną? – pytają niektórzy z nich jadąc przez kilka minut wzdłuż chodnika, którym idę w desperackiej nadziei, że jednak zmienię zdanie. Ciśnienie rośnie mi powoli wraz z upływem czasu. Bluzgi cisną się na usta. Ostatecznie jednak udaje mi się zapanować nad wewnętrznym agresorem, abyśmy ani ja ani kierowca nie stracili twarzy w niepotrzebnej konfrontacji.

A motorbike taxi driver waiting for its prey. Photo: Life in the Tropics

Mototaksiarz czekający na swoją kolejną ofiarę. fot. Zycie w tropikach

Nie jestem fanem muzeów i nie odwiedzam ich zbyt często, choć robię wyjątki. Jednym z nich jest “War Remnants Museum” portretujące horrory “Wojny Wietnamskiej” znanej tutaj jako “Amerykańska Wojna Agresji”. Kilka czołgów, samolotów i pojazdów opancerzonych można zobaczyć przed dobrze utrzymanym budynkiem oferującym tysiące fotografii i innych wystaw. Łzy cisną się do oczu po zapoznaniu się, co największa demokracja i obrońca praw człowieka świata zrobiły temu państwu i jego ludziom mniej niż 50 lat temu. Jedna z sal poświęcona jest “Agent Orange” – słynnej substancji chemicznej pełnej toksyn używanej przez amerykańską armię. Miliony żyć zostało bezpowrotnie straconych lub zniszczonych od czasów użycia “Agent Orange”. Dzieci upośledzone fizycznie i/lub umysłowo rodzą się w Wietnamie do dziś. Oczywiście cała ekspozycja jest bardzo jednostronna. Czerpię jednak niemałą satysfakcję z faktu, że Wietnamczycy są conajmniej tak samo dobrzy w prezentowaniu wietnamskiej wersji historii jak producenci filmów w Hollywood w prezentacji swojej.

W drodze powrotnej do centrum wpadam na niewielką pagodęz charakterystyczną daleko-wschodnio-azjatycką wieżą z wieloma dachami. Kilka osób klęczy przed figurką nieznanego stwora oddając cześć jakieś wyższej władzy. Sporadycznie na ulicy można znaleźć billboard lub dwa ukazujące ludzi klasy pracującej. Czerwone flagi z sierpem i młotem powiewają na wietrze jako wieczny przypominacz, że Wietnam to kraj komunistyczny. Doświadczenie to zwiększa wizyta w muzeum Ho Chi Minha gloryfikującym osiągnięcia komunistycznego ex-prezydenta. Duży park w środku miasta jest domem dla cotygodniowego przedstawienia (w każdą niedzielę) w wykonaniu dzieci i dla dzieci. Cyfrowy billboard za ich plecami przedstawia głowę Ho Chi Minha owiniętą w kwiat lotosu – kolejny symbol Wietnamu. Stwierdzenie, że przedstawienie jest poświęcone pamięci ex-prezydenta będzie prawdopodobnie prawdziwe zakładając, że nawet miasto na jego cześć nazwano Ho Chi Minh City. Większość tubylców jednak nadal mówi o nim “Sajgon”, a wiele hoteli używa słowa “Saigon” w swojej nazwie. Niech nie zmyli Was jednak komunistyczna symbolika miasta – nową religią i poglądem politycznym większości Wietnamczyków jest Dong – narodowy pieniądz kraju.

Ho Chi Minh's portrait in Ho Chi Minh Museum. Photo: Life in the Tropics

Portret Ho Chi Minha w Ho Chi Minh Museum. fot. Zycie w tropikach

262-metrowa wieża ze szkła i stali z lądowskiem dla helikopterów żywcem przeniesiona z jakiegoś filmu science-fiction góruje nad centrum Sajgonu. The Bitexco Financial Tower jest dumą i symbolem nowego Wietnamu – dumnego, dynamicznego i gwałtownie rozwijającego się kraju. Wejście na oszklony taras oferujący widok na 360-stopniową panoramę miasta i interaktywne monitory opowiadające, co widać przez które okno kosztuje 200,000 dongów (ok. US$10). Wjazd do baru na 50 piętrze oferującego podobne widoki jest darmowy.

The view from the Bitexco Financial Tower. Photo: Life in the Tropics

Widok z Bitexco Financial Tower. fot. Zycie w tropikach

Cho Ben Thanh jest największym i do tego centralnie ulokowanym bazarem stojącym dumnie przy wielkim rondzie oferującym fascynujący widok na chaotyczny sajgoński ruch drogowy zdominowany przez motocykle. Gapię się przez chwilę na setki motorów nadjeżdżające z każdego kierunku. Jedynym sposobem na przekroczenie ulicy jest po prostu… parcie przed siebie. Utrzymuj stałe tempo, nie wahaj się i pozwól kierowcom omijać się z każdej strony. Każdy gwałtowny lub niespodziewany ruch może uczynić Cię celem zdezorientowanych kierowców. Zaufaj im jeśli nie ufasz mnie. Oni mają więcej doświadczenia w omijaniu ludzi jak Ty, niż Ty masz w unikaniu motocykli.

Cho Ben Thanh market. Photo: Life in the Tropics

Bazar Cho Ben Thanh. fot. Zycie w tropikach

Moja wizyta na bazarze trwa zaledwie pół godziny. Jego większość zdominowana jest przez pamiątki turystyczne wciśnięte w każde możliwe miejsce. Jest gorąco i wilgotno. Ciężko jest się poruszać wśród tłumu ludzi, którzy desperacko łapią mnie za ręce, aby zaciągnąć właśnie do ich stoiska, które i tak prawdopodobnie sprzedaje to samo, co inne. Zatrzymaj się lub zawahaj na chwilę, a zrobią wszystko, żeby nie wypuścić Cię dopóki czegoś nie kupisz. Część bazaru sprzedaje owoce, warzywa, świeże ryby i mięso. Mimo smrodu, jaki to generuje, to jedyna część bazaru warta odwiedzenia jeśli chcecie zobaczyć trochę prawdziwego życia Sajgonu.

Zachód słońca zmienia kolory, atmosferę i generalny odbiór miasta. Wyprowadza także na ulicę podejrzane charaktery. Stara, wyglądająca na bezdomną Azjatka z kilkoma sztucznymi zębami zagaduje mnie perfekcyjnym angielskim. Twierdzi, że pochodzi z Tajlandii, a w Sajgonie jest na wakacjach. Ani jej wygląd ani akcent nie wskazuje jednak na jej tajskie pochodzenie.

One night in Saigon and the tough man... Photo: Life in the Tropics

Jedna noc w Sajgonie… fot. Zycie w tropikach

 

 

 

– Skąd jesteś? – pyta
– Z Polski – odpowiadam.
– Polska… Polska… Warszawa?
– Tak.
– O, wspaniale! Wiesz, moja siostra leci do Warszawy wkrótce.
– Tak?
– Tak! Masz czas żeby się z nami spotkać i porozmawiać o Polsce?
– Obawiam się, że nie, przepraszam. Idę teraz na spotkanie ze znajomymi – kłamię.
– Rozumiem. Może jutro? Jutro po południu? Na przykład o 15:00?
– 15:00 może być.
– Znasz tą retaurację z dużą rybą w logotypie? Możemy się tam spotkać?
– Tak, znam. Spotkajmy się więc tam.
– Super, do zobaczenia jutro!
– Do zobaczenia! – kończę konwersację i oddalam się bez najmniejszej intencji pojawienia się na spotkaniu. Wygląda mi to wszystko mocno podejrzanie. Nie mam ochoty przekonywać się na własnej skórze jak potoczyłyby się wypadki, gdybym jednak zaryzykował.

Ulubiona okolica backpackerów jest lekko na zachód od głównego bazaru na skrzyżowaniu ulic Pham Ngu Lao i De Tham. Okolica wypełniona jest barami, restauracjami i salonami masażu. Wszędzie tłok białych turystów i przeróżnych cwaniako-naganiaczy. Wietnamczycy są słabi w czytaniu w myślach. Wszyscy chcą bym jadł w ich restauracjach, pił w ich barach, skusił się na “happy ending” w ich salonie masażu, podczas gdy wszystko czego potrzebuję to wymienić pieniądze. Tysiące kolorowych neonów reklamują wszystko, ale nie kantor. Jeden z naganiczy efektywnie zagradza mi drogę próbując wciągnąć mnie do swojego baru. Zgadzam się od niechcenia w zamian za obietnicę, że wymieni mi pieniądze po dobrym kursie. Zamawiam butelkę piwa “Saigon”, które zostaje przyniesione przez kelnerkę. Ta niespodziewanie decyduje się usiąść ze mną i rozerwać mnie raczej podstawową konwersacją łamanym angielskim. Dowiaduję się m.in., że jestem piękny, że mnie kocha, i że chce dziś iść ze mną do hotelu.

Backpackers' Paradise. Photo: Life in the Tropics

Raj backpackerów. fot. Zycie w tropikach

Lokalny zespół gra “Fear of the dark” Iron Maiden w Seventeen Club w okolicy. Miejsce uczęszczane jest głównie przez zagranicznych mężczyzn pewnie z uwagi na styl muzyki lub z powodu ładnych kelnerek noszących krótkie spódniczki, wysokie obcasy i bluzeczki zawiązane tuż pod cyckami i odsłaniające ich płaskie brzuchy w całej okazałości. Ta, z którą rozmawiam nawet dobrze mówi po angielsku, choć jedyne co ma do powiedzenia to, że jeśli czuję się samotny, to ona zna wiele dziewczyn, które mogą być zainteresowane spędzeniem nocy ze mną. Piwo zaczyna działać. Lepiej się ulotnić zanim zrobię coś głupiego.

Seventeen Club. Photo: Life in the Tropics

Seventeen Club. fot. Zycie w tropikach

Stara, brzydka i gruba kobieta na motocyklu uśmiecha się i macha do mnie, gdy idę do hotelu. Odwzajemniam uśmiech, żeby nie wyjść na totalnego buraka i kontynuuję spacer. Kobieta pojawia się ponownie kilka ulic dalej, parkuje motocykl i idzie w moim kierunku.

– Masaż?
– Nie, dziękuję
– Chcesz masaż?
– Nie, dziękuję.
– Ja masaż, Ty relaks!
– Nie dziękuję. – Próbuję odejść, gdy ta łapie mnie za krocze w dość bolesny sposób. Łapię ją za gardło i zaciskam rękę wystarczająco silnie, aby mnie puściła. Próbuje złapać mnie ponownie gdy odpycham ją o kilka metrów do tyłu.

– Masaż?
– Odwal się! – odpowiadam agresywnie i kontynuuję spacer. Ku mojemu zdziwieniu kobieta nie odpuszcza łatwo i czeka na mnie kilka ulic dalej próbując powtórzyć całą sytuację.
– Odpierdol się! – Drę się na nią wzbudzając zainteresowanie okolicznych przechodniów i strasząc ją wystarczająco, by się zastosowała do moich instrukcji.

Kilka klubów nazwanych “91”, “73”, “51” od numeru ulicy jest zlokalizowanych blisko mojego hotelu. Wchodzę do jednego z nich, by natychmiast zauważyć, że to ordynarny burdel w kraju, gdzie prostytucja jest oficjalnie nielegalna. Kilkanaście skąpo-ubranych dziewczyn jest do wynajęcia. Jedno piwo i krótka konwersacja z mamasan – burdelmamą informuje mnie, że gdybym był zainteresowany to musiałbym zapłacić US$25 barowi, US$60 dziewczynie za krótki numerek, i US$20 za hotel, jako że większość hoteli nie pozwala obcokrajowcom przyprowadzać wietnamskich “znajomych”. Niespodziewanie dziewczyny zakrywają swoje wdzięki, a mamasan informuje mnie, że dostali cynk, iż dziś może tu wpaść kontrola policyjna. Ubrane dziewczyny = brak prostytucji w lokalu. Oczywista oczywistość.

"91"... and all is clear! Photo: Life in the Tropics

„91”… i wszystko jasne! fot. Zycie w tropikach

Kończę noc w “Apocalypse now” – najbardziej znanym klubie w mieście zlokalizowanym jakieś 200 metrów od mojego hotelu. Duży, zatłoczony budynek składa się z dwóch pięter. Na górze jest bar i parkiet, gdzie bawią się przyzwoici ludzie. Na dole jest część restauracyjna a także bary i parkiet, gdzie można poderwać prostytutkę lub dwie. Zamawiam hot doga i rozmawiam z expatem mieszkającym od 10 lat w Wietnamie w oczekiwaniu aż parówka zostanie właściwie wygrillowana.

– Podoba Ci się to miejsce? – pytam.
– Czy podoba mi się to miejsce? Słuchaj, jestem Niemcem, ok? Oni grają jakąś gównianą techno wersję Modern Talking właśnie w tej chwili. Nigdy więcej mnie kurwa nie pytaj, czy podoba mi się to miejsce…

Drogo… drożej… Birma?

“Ile kosztuje podróż do Birmy?” – to jedno z najczęściej zadawanych przez Was pytań w mailach. Generalną odpowiedzią byłoby, że to zależy do Twojego stylu podróżowania. Boom turystyczny, który spadł na ten kraj jak grom z jasnego nieba w związku z jego otwarciem polityczno-gospodarczym sprawia, że Birma jest drugim najdroższym krajem w Azji Południowo-wschodniej po Singapurze. I choć niektórzy twierdzą, że po Birmie da się podróżować za podobne pieniądze jak w innych krajach tego regionu, stosunek jakości do ceny jest nieporównywalnie gorszy. Zastanówmy się zatem ile należy wziąć ze sobą pieniędzy wybierając się do Birmy.

10,000 MMK - najwyższy nominał w Birmie.

10,000 MMK – najwyższy nominał w Birmie.

Lokalną walutą w Birmie jest kyat (czyt. dżat) w skrócie zapisywany MMK. W ostatnich miesiącach US$1 = 840-860 MMK. W kilku ostatnich tygodniach US$1 wymienialny był za 880-890 MMK. Jako, że nikt nie wie czy ta tendencja się utrzyma, załóżmy, że US$1 = 850 MMK na potrzeby tego tekstu. 1 PLN = mniej więcej 280-300 MMK. Na typową podróż po Birmie składać się będzie wiza, zakwaterowanie, jedzenie i napoje, lokalny transport i bilety wstępu. Przyjrzyjmy się zatem każdej z tej kategorii z osobna.

Wiza

Każdy turysta odwiedzający Birmę potrzebuje wizy. Obecnie kosztuje ona US$30 i trzeba ją zorganizować przed wlotem do kraju. Korzystając okazji wyjaśnię, że nie jest prawdą, że na birmańskich lotniskach można dostać turystyczną Visa-on-Arrival. Ten rodzaj wizy dostępny jest jedynie dla podróżników biznesowych dysponujących zaproszeniem od firmy z którą będą prowadzić interesy. Turystyczną Visa-on-Arrival można dostać jedynie po wykupieniu zorganizowanej wycieczki w renomowanym birmańskim biurze podróży lub nocując w luksusowym hotelu, który potrafi taką wizę załatwić. Oba rodzaje biznesów chętniej pomagają turystom, w których kraju nie ma birmańskiej ambasady i zorganizowanie sobie wizy wiązałoby się z wyjazdem za granicę lub przymusowym postojem w jednym z krajów, w którym znajduje się birmańska placówka dyplomatyczna.

Zakwaterowanie

Ceny hoteli w Birmie poszybowały w górę w ostatnich latach. Najtańsze pokoje można dostać od około 15-20,000 MMK w podłych hotelach uczęszczanych przez prostytutki ich klientów (np. Summer Motel lub River View Hotel w Rangunie). Przyzwoity pokój w popularnym wśród budżetowych turystów White House Guesthouse będzie nas kosztował ok. 30,000 MMK. Dwugwiazdkowy Panorama Hotel za który w 2011 roku płaciłem US$30, obecnie kosztuje US$80-120. Czterogwiazdkowy Traders Hotel, za który moi klienci dwa lata temu płacili US$80, obecnie kosztuje US$150-230. Na samym końcu skali znajdują się hotele takie jak The Strand czy The Governor’s Residence w Rangunie (US$350++), Villa Inle Resort nad jeziorem Inle (US$380++), czy Sandoway Resort na plaży Ngapali (US$400++). Wielodniowe rejsy po rzecze Irrawaddy np. Road to Mandalay to koszt rzędu US$5,000-10,000 za osobę w zależności od długości rejsu.

fot. Orient-Express

fot. Orient-Express

Niektórzy twierdzą, że w najtańszych hotelach udało im się wynegocjować ceny na poziomie US$5-10 za pokój za noc, ale to są raczej odosobnione przypadki, a nie reguła, zwłaszcza w wysokiem sezonie i przy dużym obłożeniu. Podawane przeze mnie ceny są cenami oficjalnymi przed ewentualnymi negocjacjami. Podróżując budżetowo bezpiecznie jednak zakładać, że nie uda nam się spać za mniej niż US$15-30.

W Birmie praktycznie nie ma hosteli. Couchsurfing i homestays są oficjalnie nielegalne (z kilkoma wyjątkami) i trudno dostępne. W niektórych miejscach możliwe jest nocowanie w klasztorach. Należy jednak pamiętać, że wieść wśród backpackerów niesie się szybko i coraz częściej zdarza się, że kandydaci na nocleg w klasztorze zostają odesłani z kwitkiem, bo klasztor jest zwyczajnie pełny lub mnichom znudziło się bycie wykorzystywanym przez cwanych “podróżników”. Jeśli jednak nam się uda, warto po sobie zostawić dobre wrażenie w wysokości ok. 5000 MMK za noc za osobę.

Jedzenie i napoje

Jeść w Birmie można w ulicznych garkuchniach, w prostych, lokalnych restauracjach lub w restauracjach turystycznych/zachodnich. Prosty posiłek na ulicy np. słynne Shan Noodles (makaraon z symboliczną ilością mięsa w formie sałatki lub zupy), Mohinga (zupa na bazie ryby i makaronu) czy kurczak curry z ryżem będzie nas kosztować od 300-1000 MMK. Porcja kurczaka, wieprzowiny, wołowiny lub baraniny w sosie słodko-kwaśnym lub ostro-kwaśnym z ryżem w lokalnej restauracji kosztować nas będzie 2500-4000 MMK, podczas gdy cena całej smażonej ryby nie powinna przekraczać 6000 MMK. Lunch lub kolacja w turystycznej lub zachodniej restauracji będzie nas kosztować od 10,000 MMK do US$30-50 za danie główne w lokalach takich jak np. Le Planteur w Rangunie.

Ranguński street food. fot. http://www.transindus.co.uk/

Ranguński street food. fot. http://www.transindus.co.uk/

Mówiąc o jedzeniu w Birmie warto wspomnieć, że uliczne garkuchnie nijak się mają do tego, do czego możecie być przyzwyczajeni z innych krajów do Azji Południowowschodniej. Większość jedzenia jest raczej średniego smaku. Do tego gotowana jest w domu rano, a następnie sprzedawana przez cały dzień na ulicy. Swieżość (Często można też trafić na resztki z ostatniego dnia lub tygodnia) i warunki higieniczne są na dużo niższym poziomie niż np. w sąsiedniej Tajlandii. Oczywiście większość tubylców odżywia się tylko w takich miejscach i nic im nie jest, choć po mieście krążą głosy, że Ci najszczuplejsi Birmańczycy mają w brzuchach robaki. Z turystami bywa różnie – jednym nic nie jest, inni chorują. Warto jednak wziąć pod uwagę, że raporty o zachorowaniach docierają do mnie tutaj o wiele częściej niż w Bangkoku, gdzie mieszkałem przez 18 miesięcy. Sam także przeżywałem problemy z żołądkiem o wiele częściej niż w innych krajach Azji Południowo-wschodniej, w których się stołowałem.

Dodam także, że porcja Shan Noodles za 500 MMK bądź kurczaka curry z ryżem daje mi i większości expatów/turystów, których znam energię na mniej więcej godzinę intensywnego podróżowania. Porcje są małe, a gdy zamawiamy mięso to jest go niewiele. To co jest, to i tak głównie kości. Zamiast więc zamawiać trzy porcje kurczaka curry na ulicy za 1000 MMK za sztukę, wolę zjeść w lokalnej restauracji za ok. 3,000 MMK. Porcje są większe, szanse na sraczkę mniejsze, a jedzenie smaczniejsze.

Woda butelkowana kosztuje 300-1000 MMK za butelkę. Kranówa i zielona herbata serwowane są za darmo. Piwo marki Myanmar kosztuje od 1,600 MMK za butelkę 640 ml w sklepie, na ulicy lub w lokalnej restauracji do 5,000 MMK w restauracji turystycznej/zachodniej. Koktajle (np. Mojito) chodzą po 800 MMK (lokalny alkohol) do 1600 MMK (alkohol importowany) w lokalnej restauracji w Chinatown do US$8 w barach i restauracjach dla turystów i expatów.

Transport lokalny

W dużych miastach takich jak Rangun czy Mandalay najłatwiej poruszać się taksówkami. Ceny zawsze negocjujemy, gdyż taksówkarze nie mają lub nie używają taksometrów. Cena za pojedynczy przejazd w obrębie miasta z reguły waha się od 1500 MMK (krótki kurs) do 3000 MMK (długi kurs). Niektórzy taryfiarze starają się kasować więcej niż 3000 MMK w godzinach wieczornych i nocnych. Warto wówczas poszukać innego taksówkarza. Wyjątkiem są kursy z lotniska w Rangunie, które kosztują od 6000 do 8000 MMK. Najlepszą ceną jaką dostałem było jak do tej pory 5000 MMK. Na lotnisko z okolic Inya Lake (połowa drogi między lotniskiem a centrum miasta) jeżdżę z reguły za 3000 MMK. Autobusy, o ile uda się Wam je rozszyforwać kosztują 200 MMK za przejazd, a pociąg objeżdżający Rangun dookoła US$1.

Między miastami poruszamy się autobusami, które kosztują 6000-15000 MMK w zależności od trasy i klasy autobusu. Pociąg z Rangunu do Mandalay kosztuje ok US$10 za mocno lokalne ok. 16-godzinne doświadczenie do US$60 za łóżko w wagonie sypialnym, które też jest raczej wyboistą przejażdżką.

Birmańskie autobusy na równie birmańskiej autostradzie

Birmańskie autobusy na równie birmańskiej autostradzie

Przeloty samolotami są najszybsze, najwygodniejsze i niestety najdroższe. Cena biletu waha się z reguły od US$120 do US$200 w jedną stronę na najbardziej popularnych trasach (Rangun-Mandalay-Bagan-Inle Lake-Ngapali Beach).

Bilety wstępu

Bilety wstępu stanowią niewielki, aczkolwiek obecny składnik budżetu w podróży po Birmie. W Mandalay, Bagan i nad jeziorem Inle obowiązują tak zwane “zone fees”, które wynoszą odpowiednio US$10, w Mandalay i Bagan oraz US$5. Wjazd do pagody Szwedagon w Rangunie kosztuje US$5. Wjazd do większości pagód na terenie kraju jest darmowy lub kosztuje symboliczne US$1-2. Większość turystów odwiedzających najbardziej popularne lokacje powinna zamknąć się w US$30-40.

bagan_archaeological_zone_ticket

Podsumowanie

Całkowity koszt podróży po Birmie zależał będzie od wielu zmiennych. Przeanalizujmy zatem cztery przypadki par podróżujących w różnym stylu po tej samej trasie (Yangon-Bagan-Inle Lake-Mandalay) przez dwa tygodnie. Podana kalkulacja jest raczej zawyżona niż zaniżona, gdyż uważam iż bezpieczniej jest założyć większy budżet i wydać mniej niż założyć mniejszy budżet i utknąć w połowie trasy bez gotówki.

1. Wariant wypasiony, realistyczny

Wiza: 2 x US$30 = US$60
Zakwaterowanie: 14 nocy x US$400 = US$5600
Jedzenie i napoje: (turystyczne restauracje z jednym napojem na głowę do każdego posiłku. Śniadania wliczone w hotelu): US$20 x 2 posiłki dziennie x 14 dni x 2 osoby = US$1120
Transport lokalny: taksówka x US$4 x 10 przejazdów = US$40 plus trzy bilety lotnicze za US$150 x 2 osoby = US$940.
Bilety wstępu: US$40 x 2 osoby = US$80
Suma: US$7800 lub US$3900 za osobę

2. Wariant umiarkowany, realistyczny

Wiza: 2 x US$30 = US$60
Zakwaterowanie: 14 nocy x US$100 = US$1400
Jedzenie i napoje: (lokalne restauracje z jednym napojem na głowę do każdego posiłku): US$6 x 3 posiłki dziennie x 14 dni x 2 osoby = US$504
Transport lokalny: taksówka x US$4 x 10 przejazdów = US$40 plus trzy bilety lotnicze za US$150 x 2 osoby = US$940.
Bilety wstępu: US$30 x 2 osoby = US$60
Suma: US$2,964 lub US$1482 za osobę

3. Wariant budżetowy, realistyczny

Wiza: 2 x US$30 = US$60
Zakwaterowanie: 14 nocy x US$30 = US$420
Jedzenie i napoje: (lokalne restauracje z jednym napojem na głowę do każdego posiłku): US$6 x 3 posiłki dziennie x 14 dni x 2 osoby = US$504
Transport lokalny: taksówka x US$4 x 10 przejazdów = US$40 plus trzy bilety autobusowe/kolejowe za US$60 x 2 osoby = US$120.
Bilety wstępu: US$30 x 2 osoby = US$60
Suma: US$1,204 lub US$602 za osobę

4. Wariant żebraczo-bezdomno-optymistyczny (w skrócie backpackerski)

Wiza: 2 x US$30 = US$60
Zakwaterowanie: 14 nocy x US$15 = US$210
Jedzenie i napoje: (uliczne garkuchnie z jednym napojem na głowę do każdego posiłku): US$3 x 3 posiłki dziennie x 14 dni x 2 osoby = US$252
Transport lokalny: taksówka x US$4 x 10 przejazdów = US$40 plus trzy bilety autokarowe/kolejowe za US$30 x 2 osoby = US$60.
Bilety wstępu: US$30 x 2 osoby = US$60
Suma: US$682 lub US$341 za osobę

Nie trzeba oszczędzać. Trzeba...

Nie trzeba oszczędzać. Trzeba… http://www.theultimatetravelcompany.co.uk/

Podsumowujac, dwutygodniowe wakacje w Birmie mogą nas kosztować od US$341 za osobę w wariancie żebraczo-bezdomno-optymistycznym do US$3900 w wariancie wypasionym, choć całkiem realistycznym. Wszak najdroższa wycieczka jaką sprzedaliśmy odbędzie się już pod koniec tego roku. Brytyjska para zapłaci za nią ok. US$13,000 za osobę. (rejs po rzece Road to Mandalay, najlepsze hotele, prywatny przewodnik, samochód z kierowcą i tak dalej)

Jaki z tego morał? Nie trzeba oszczędzać. Trzeba dobrze zarabiać…

Jak do Wietnamu leciałem, czyli jak załatwić wizę w pół godziny

– Proszę Pana, ale pańska wiza jest ważna od 16 kwietnia. Dzisiaj jest 12…

Lądowanie w Sajgonie. fot. Życie w tropikach

Lądowanie w Sajgonie. fot. Życie w tropikach

Te kilka słów wypowiedziane przez dziewczynę w czerwonym mundurku Air Asia obudziło mnie natychmiastowo po raczej krótkiej i bezsennej nocy w Tune Hotel przy Kuala Lumpur International Airport. Większość ludzi potrzebuje wizę aby dostać się do Wietnamu i ja nie jestem wyjątkiem. Mogłem aplikować w ambasadzie Wietnamu w Yangonie, albo załatwić sobie visa-on-arrival przez Internet. Wybrałem drugą opcję z wygody, lenistwa i braku ochoty na spędzenie dwóch dni w ambasadzie, co przydarzyło się mojej dziewczynie gdy aplikowała o wizę do Malezji przed birmańskimi obchodami nowego roku. Chciałem także sprawdzić jak wietnamska visa-on-arrival działa w praktyce. Użyłem firmy My Vietnam Visa, zapłaciłem US$20 i dostałem papiery potwierdzające przyznanie visa-on-arrival na drugi dzień

Patrzyłem na dokumenty z niedowierzaniem. Widniało na nich jak byk, że mogę wjechać do Wietnamu nie wcześniej niż 16 kwietnia, czyli za cztery dni. Kilka ostatnich tygodni w pracy było tak szalonych, że mogłem obwiniać tylko siebie. Musiałem źle podać daty na formularzu. No chyba, że My Vietnam Visa zrobili błąd, a ja nie sprawdziłem. Podróżowanie jest jak jazda samochodem. Im bardziej jesteś doświadczony, tym mniej starannie się przygotowujesz.

Po cichu zakładałem, że uda mi się przekonać wietnamskich urzędników imigracyjnych by mnie wpuścili. Moje desperackie próby przekonania dziewczyny z Air Asia, że mnie wpuszczą spełzły jednak na niczym. Jedyne, co miała do powiedzenia to, że service desk może będzie w stanie mi pomóc. Udałem się tam natychmiastowo. Kolejny przedstawiciel Air Asia o imieniu Jeffri Umar wysłał maila do swojego odpowiednika w Sajgonie, żeby tam sprawdzili z władzami imigracyjnymi czy mogę wjechać do kraju przed czasem. Cenny czas do mojego lotu upływał nieubłagalnie a ja zacząłem zastanawiać się na opcjami jakie mam.

Zakładając, że i tak muszę być w Kuala Lumpur 16 kwietnia, mogłem po prostu zostać w mieście. Chociaż znam je bardzo dobrze, bo spędziłem tu kilka miesięcy, opcja ta nie była najgorsza biorąc pod uwagę silny sentyment jaki mam do malezyjskiej stolicy. Kolejną opcją był lot do Kota Kinabalu w malezyjskiej części Borneo, które z niejasnych powodów przyciągało moją uwagę od jakiegoś czasu. Alternatywnie mogłem polecieć do Brunei, które jest drugim krajem obok Wietnamu, w jakim jeszcze nie byłem w Azji Południowo-wschodniej. Wybierając jednak którąkolwiek z powyższych opcji straciłbym lot i rezerwację w hotelach o łącznej wartości US$400, z czego połowa była darmowa. No i musiałbym zapłacić za nowy bilet i zakwaterowanie w nowym miejscu. Szybki rzut oka w sieci znalazł kolejną opcję. Firma o nazwie Vietnam Visa Corp. chwali się, że może załatwić visa-on-arrival… w pół godziny!

Poranny lot do Sajgonu przepadł. Następny był za jakieś cztery godziny. Jeffri zapewnił mnie, że przeniosą mnie na ten lot za darmo, co nie jest zbyt popularną praktyką wśród tanich linii lotniczych. Warunkiem było rozwiązanie sytuacji wizowej. Wypełniłem niezbędne dokumenty online i pół godziny później mogłem wydrukować potwierdzenie przyznanie visa-on-arrival. Cała operacja kosztowała mnie US$70 plus około US$10 za dostęp do komputera z Internetem i drukarką na lotnisku. Jeffri był usatysfakcjonowany. W między czasie przyszła odpowiedź z Sajgonu. Lokalni pracownicy Air Asia chcieli więcej informacji. Mając jednak w ręku papiery na kolejną wizę tym razem bez problemu odprawiłem się na lot do Sajgonu.

Po przylocie na lotnisko w Sajgonie, reprezentant Vietnam Visa Corp. czekał na mnie z tablicą z moim imieniem. Zabrał mnie wprost do władz imigracyjnych, które po przejrzeniu moich dokumentów i uiszczenia standardowej opłaty w wysokości US$45 wpuściły mnie do Socjalistycznej Republiki Wietnamu.

PS. Jeffri zapewne robił, co do niego należało, co nie zmienia faktu, że należą mu się podziękowania za pomoc, profesjonalną postawę i cierpliwość wobec nieogarniętego asinga.

Thingyan, czyli nowy rok po birmańsku

W dniach 13-17 kwietnia Birmańczycy będą świętować Thingyan – nadejście nowego roku buddyjskiego.

Image

Thingyan 2012, Rangun. fot. Życie w tropikach

Korzeni Thingyanu należy doszukiwać się w buddyjskiej wersji hinduskiego mitu. Idzie to mniej więcej tak: Słoniogłowy Król Brahmów zwany Arsi przegrał zakład z Królem Devas, Śakrą, który skrócił Arsiego o głowę. Głowa została następnie wsadzona w ciało Brahmy, który następnie stał się Ganeszą. Brahma był tak potężny, że gdy jego głowa została wrzucona do morza – natychmiast wysychała. Jeśli została rzucona na ląd – natychmiast ulegała samozapłonowi. Jeśli została wyrzucona w powietrze – wybuchała płomieniami. W obliczu tego fenomenu Śakra wydał rozkaz, aby głowa Brahmy była nieustannie noszona przez jedną księżniczkę devi po drugiej. Księżniczki zmieniały się co roku. Nowy rok oznaczał więc zmianę właścicielki głowy Brahmy.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Wigilia Thingyanu to pierwszy dzień festiwalu zwany a-kyo nei i początek przeróżnych aktywności religijnych. Buddyści przestrzegają Ośmiu Przykazań – o trzech więcej niż zazwyczaj. Wiele osób je tylko raz dziennie – przed południem. Jałmużna składana jest przed mnichami w ich klasztorach. Ofiara z zielonych kokosów z nietkniętymi łodygami otoczonymi kiśćmi zielonych bananów ląduje przed posągami Buddy, które następnie polewane są pachnącą wodą w ceremonii obmywania. Tradycja ta została zapoczątkowana przez birmańskich królów, którzy uczestniczyli w ceremonii mycia głowy czystą wodą z Guangsay Kyun (dosłownie Wyspa Mycia Głowy) – małej wysepki zlokalizowanej w Zatoce Martaban niedaleko Mawlmaying w stanie Mon.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

O zmroku rozpoczyna się prawdziwe świętowanie z muzyką, piosenkami, tańcami w oczekiwaniu na właściwy Thingyan zwany także Wodnym Festiwalem. Na prawie każdym osiedlu zbudowano z bambusa na prędce dziesiątki bogato udekorowanych pawilonów i scen o świątecznych nazwach. Lokalne artystki ćwiczą od tygodni lub nawet miesięcy, aby jak najlepiej odśpiewać i odtańczyć pokaz w rytm tradycyjnych pieśni festiwalu. Każdy girlsband ubrany jest w charakterystyczny kostium składający się z kolorowych topów i spódnic przyozdobionych kwiatami i świecidełkami. Ich twarze pokryte są tanaką – tradycyjnym makijażem. W ich włosy wpięte są żółte kwiaty padauk o słodkim zapachu. Znane z tego, że kwitną jedynie raz w roku w okolicach festiwalu zwane są one “Kwiatami Thingyanu”. Tłum imprezowiczów na pieszo, na rowerach, na motocyklach, w jeepach i ciężarówkach bez dachu przemieszcza się od sceny do sceny nierzadko grając swoją własną muzykę. Bogato udekorowane i oświetlone platformy z orkiestrą i tuzinami kochliwych męzczyzn krążą między scenami wymieniając się piosenkami napisanymi specjalnie na festiwal, które wszyscy znają. Każda platforma zdaje się mieć swojego rapera, który nabija się lub krytykuje wszystko co złe w kraju. Popularne tematy to moda, konsumpcjonizm, inflacja, przestępczość, narkotyki, AIDS, korupcja i politycy. To bez wątpienia czas na odreagowanie stresów całego roku. Tradycyjnie już ulice pełne są wypadków i incydentów spowodowanych jazdą po pijaku, kłótniami i bójkami na które władze muszą być przygotowane jak co roku. Zasadniczo jednak dominuje atmosfera przyjaźni i dobrej woli.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Buuuuuuum! – grzmi armata o poranku. To sygnał dla ludzi aby wyszli z domów i wylali wodę na ziemię modląc się przy okazji. Przepowiednia na nowy rok zostaje odczytana przez brahminów. Bazowana jest na tym na jakim zwierzu Śakra będzie jechać z nieba na ziemię i co będzie trzymać w ręku. Dzieciom mówi się, że gdy będą dobre, ich imiona zostaną zapisane w złotej księdze. Gdy będą niegrzeczne, ich imiona trafią do “psiej księgi”.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Tradycyjnie Thingyan wiązał się z ochlapywaniem wszystkich pachnącą wodą ze srebnej misy za pomocą thabyay – gałązki tropikalnego drzewa charakterystycznego dla regionu. Pryskanie wodą miało metaforycznie zmyć grzechy popełnione w ubiegłym roku. Tradycja ta nadal kontynuowana jest na birmańskiej wsi. Rangun, Mandalay i inne popularne miejsca to jednak zupełnie inna bajka. Tutaj polewanie wodą odbywa się za pomocą węży ogrodowych, wielkich bambusowych, mosiężnych lub plastikowych mis, pistoletów na wodę, hydrantów i pomp wodnych zainstalowanych na ciężarówkach straży pożarnej. Biorąc pod uwagę, że kwiecień to najgorętszy miesiąc roku nikt nie wydaje się mieć nic przeciwko byciu przemoczonym do suchej nitki. Polewać można wszystkich z wyjątkiem mnichów i kobiet w ciąży.

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 w Rangunie. fot. Życie w tropikach

Niektórzy zbyt rozentuzjazmowani młodzi chłopcy zostają złapani przez kobiety, które często są ich głównym celem. W zemście dziewczyny smarują twarze chłopaków smarem z garów po gotowaniu. Dziewczęta z tuzinami węży ogrodowych wymieniają tysiące litrów wody z przejeżdżającymi samochodami. Wielu imprezowiczów nosi ręczniki, aby zatrzymać strumień wody atakujący oczy i uszy. Imprezowiczki często używają ręcznika, aby nie wyglądać jak miss morkego podkoszulka w tym bądź co bądź konserwatywnym kraju. Żartownisie używają lodowatej wody prowokując dzikie krzyki i śmiech swoich ofiar. Pwè – uliczne teatrzyki z udziałem kukiełek, orkiestr, grup tanecznych, kabareciarzy, gwiazd filmowych i piosenkarzy z uwzględnieniem współczesnych birmańskich grup muzyki popularnej nie są rzadkością w trakcie festiwalu. Jeśli szukasz zabawy w połowie kwietnia, przyleć do Birmy!

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Czwartego dnia zwanego a-tet nei Śakra wraca do niebios i jest to ostatni dzień festiwalu. Niektórzy polewają się wodą do późna krzycząc “Śakra czegoś zapomniał i po to wrócił”.

Wśród innych tradycji wchodzących w skład Thingyanu warto wspomnieć o mont lone yeibaw. Kleiste kulki ryżowe wypełnione cukrem palmowym wrzucane są do wody gotującej się w potężnym garze i serwowane, gdy tylko wypłyną na powierzchnię. Niektórzy żartownisie nadziewają kurtki ryżowe świeżymi papryczkami chili.

Ostatnim dniem festiwalu jest Nowy Rok. To czas, aby młodzi odwiedzili swoich rodziców i złożyli im hołd poprzez tradycyjną ofiarę z wody w naczyniu z terakoty i szamponu. Młodzi ludzie myją włosy starszym tradycyjną metodą z użyciem szamponu z fasoli i kory drzewnej. Wielu składa postanowienia noworoczne generalnie oscylujące wobec poprawy swojego zachowania i popełnianiu większej ilości dobrych uczynków w celu polepszenia swojej karmy.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Uwalnianie ryb jest kolejną tradycją dnia niezatartą przez upływający czas. Ryby złowione w jeziorach i rzekach są przetrzymywane w specjalnych dzbanach zanim zostaną z powrotem wypuszczone na wolność z modlitwą i życzeniem: “Uwalniam Cię raz, Ty uwolnisz mnie dziesięć razy”. W Nowy Rok ludzie ofiarowują także jedzenie w różnych miejscach. Wreszcie okres Thingyanu to także ulubiony czas na ceremonię inicjacji w tradycji buddyzmu Theravada. Młodzi chłopcy oddawani są do klasztorów, gdzie spędzają określoną ilość czasu ucząc się posłuszeństwa i studiując nauki Buddy. Ceremonia ta porównywalna jest do ceremonii wkroczenia w dorosłość w innych kulturach i religiach.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan to najważniejsze birmańskie święto. Znakomita większość biur, sklepów i firm jest zamknięta od około 10 do 20 kwietnia. Planując podróżowanie po kraju należy uwzględnić, że autokary, pociągi i samoloty są pełne na kilka dni przed i kilka dni po festiwalu. Polecana jest bardzo wczesna rezerwacja. W trakcie festiwalu jest tylko gorzej, gdyż większość pociągów i autobusów w ogóle nie kursuje – kierowcy także chcą mieć wolne.

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Thingyan 2012 na plaży Ngapali. fot. Życie w tropikach

Choć wszyscy mają nadzieję, że tak się nie stanie, tegoroczny Thingyan może być inny niż dotychczas. W związku z niedawnymi zamieszkami między buddystami a muzułmanami w wyniku których życie straciło kilkadziesiąt osób, conajmniej dwa razy tyle zostało rannych, a dach nad głową straciło kilka tysięcy, do większych miast ściągają policja i wojsko z innych regionów kraju. Popularna plotka w Rangunie głosi, że muzułmanie wezmą odwet na buddystach i zamiast wody do polewania będą używać… kwasu. Znajomi mi muzułmanie dementują plotkę dla odmiany mówiąc, że zamierzają zabarykadować się w domu w obawie przed pijanymi buddystami.

Mając nadzieję, że plotki okażą się jedynie plotkami, życzę Wam Szczęśliwego Nowego Roku!

Odkrywanie stanu Chin: Góra Victoria & Kanpetlet

Pianie koguta budzi mnie przed szóstą rano. Przez dobre 15 minut żałuję, że nie złożyliśmy go w ofierze zgodnie z lokalną tradycją. Trzęsę się z zimna po opuszczeniu luksusów mojego pokoju wyposażonego w materac i gruby, brudny koc. Temperatura w środku jest taka sama jak na zewnątrz – 9 stopni Celsjusza. Nai Tan – nasz lokalny przewodnik oferuje mi kubek gorącej kawy i zaprasza do wspólnego oglądania wschodu słońca nad górami. Jego siostra gotuje wodą na poranną kąpiel i przygotowuje tosty trzymając chleb nad ogniskiem. Ostatnią noc spędziłem w Aye Camp zlokalizowanym w połowie drogie między Mindat i Nat Mataung (Mt. Victoria), na którą zamierzamy dzisiaj się wdrapać.

Park Narodowy Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Park Narodowy Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Mount Victoria znana także jako Khaw-nu-soum albo Khonaumthung w języku Chin to najwyższa góra tego stanu. Jej szczyt znajduje się na wysokości 3,053 metrów nad poziomem morza. Góra leży w ekoregionie Chin-Arakan Yoma. Otoczona przez niższe góry porośnięte tropikalnym i subtropikalnym lasem, szczyt Nat Ma Taung tworzy “podniebną wyspę” będącą domem dla roślin i zwierząt występujących w klimacie umiarkowanym i wysokogórskim specyficznym dla Himalajów dalej na północy. Można tu także znaleźć wiele wymierających gatunków. Góra jest obecnie pod ochroną w ramach Nat ma Taung National Park utworzonym w 1994 roku.

W drodze na Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

W drodze na Mount Victoria. Fot. Życie w tropikach

Opuszczamy Aye Camp i jedziemy pół godziny do punktu startowego naszego trekkingu trochę na wyrost nazywanym base campem. Idziemy przez jakieś dwie godziny drogą, która naprzemiennie pnie się w górę i opada w dół. Szlak jest łatwy, a jego pokonanie nie sprawia nam wiele wysiłku. Widoki nie różnią się bardzo od tych, którymi od jakiegoś czasu cieszymy się w stanie Chin, ale i tak zatrzymujemy się co jakiś czas, aby złapać oddech, pstryknąć fotkę, albo powąchać świeżo zakwitnięty czerwone rododendrony (różaneczniki). Szczyt góry jest płaski, a jego najbardziej charakterystyczne elementy to mała stupa oraz słup wskazujący najwyższy punkt. Jemy przygotowany wcześniej lunch i cieszymy się widokiem. Ładnie tutaj, choć widok nie powala., gdyż niespecjalnie różni się od tego, co widzieliśmy od początku trekkingu. Nasz przewodnik twierdzi, że możemy stąd zobaczyć Indie i Bangladesz. Biorąc pod uwagę, że przez cały dzień przekonywał nas, że Mt. Victoria ma 3,500 metrów, wkładamy tę informację między resztę jego bajek. Wdrapanie się na 3,053 metrów zostawia nas jednak z pewnym poczuciem satysfakcji zwłaszcza, że nie jesteśmy profesjonalnymi górołazami.

Prawie na szczycie! Fot. Życie w tropikach

Prawie na szczycie! Fot. Życie w tropikach

Schodzimy do naszych jeepów i jedziemy w dół “Drogą Śmierci” aż do Kanpetlet. Mijamy będący w budowie “Sky Hotel”, który prawdopodobnie będzie najlepszym zakwaterowaniem w okolicy i docieramy do Pinewood Villas – najlepszego hotelu w jakim spaliśmy podczas tej wyprawy. Inna opcja to Oasis Resort, który ma o wiele więcej pokoi niż jego siostrzany hotel w Mindat. Standard bungalowów wydaje się być wyższy niż w Mindat i porównywalny do naszego. Nasz przewodnik prosi o 3,000 dżatów na darowiznę dla lokalnych władz imigracyjnych i jedzie z naszymi dokumentami, aby obwieścić nasze przybycie. Cieszymy się pierwszym ciepłym prysznicem od kilku dni, jemy zjadliwą kolację i płacimy przewodnikowi, jako że nie planujemy jutro korzystać z jego usług. Po raz pierwszy nikt nie chrapie w sąsiednim pokoju i cieszymy się relatywnie spokojnym snem.

Jeszcze jedna kobieta ze stanu Chin. Fot.: Hla Maung (Lama)

Jeszcze jedna kobieta ze stanu Chin. Fot.: Hla Maung (Lama)

Kanpetlet jest domem dla południowych plemion Chin takich jak Dai, Upu i Ya. Główna różnica między nimi to wzory tatuaży na kobiecych twarzach. Pinewood Villas zlokalizowany jest kawałek nad miasteczkiem. Schodzimy na dół, aby zobaczyć więcej wytatuowanych kobiet i samo miasteczko. Tym razem nasz przewodnik się nie mylił – w Kanpetlet nie ma absolutnie nic do roboty i oglądania poza tym co już robiliśmy i oglądaliśmy w pozostałych częściach stanu Chin lub innych miejscach w Birmie. Spędzamy resztę dnia relaksując się w hotelu.

Ostatniego dnia naszej wycieczki jedziemy do Bagan przez kolejne siedem godzin. Droga jest tu jeszcze gorsza niż na odcinku z Bagan do Mindat. Asfalt występuje tylko miejscami, a każdy przejeżdżający pojazd, wliczając w to także nasze własne generuje tumany kurzu. Mijamy kilka wiosek i jemy najgorszy lunch, jaki jedliśmy w naszym birmańskim życiu w jednej z nich. Wiesz, że jesteś w tarapatach, gdy Twoje curry z kurczakiem jedzie rybą… Docieramy do Bagan późnym popołudniem podziwiając po drodze wyrąb lasów tekowych i szyby naftowe w Chauk po przekroczeniu rzeki Irrawaddy. – Cała ropa stąd płynie prosto do Chin – mówi jeden z naszych kierowców.

Przyjazd do Bagan kończy naszą wyprawę do stanu Chin – najbardziej interesującego, fascynującego i wyzywającego regionu w jakim kiedykolwiek byłem w Birmie. Wypożycz jeepa i zjeździj go dokładnie zanim się zmieni wraz z napływem hord turystów.

Odkrywanie stanu Chin: „Droga Śmierci”

Opuszczamy Mindat i jedziemy w kierunku “bardzo niebezpiecznej drogi, po której tylko kierowcy ze stanu Chin nie boją się jeździć.” Krótki przystanek przed domem naszego przewodnika, aby upakować masę podejrzanych zapasów na dachy naszych jeepów i jesteśmy gotowi do drogi. Nasz przewodnik jest bratem kolesia, który był naszym przewodnikiem wczoraj i za bardzo się nie popisał. Małe miasteczko. Jedziemy w dół stromej, wąskiej i wyboistej drogi z górą po jej jednej stronie i głęboką przepaścią po drugiej. Nasza średnia prędkość nie przekracza 20 km/h. Dziewczyny w naszej grupie wystawiają nogi na zewnątrz szykując się do wyskoczenia jeśli zajdzie taka potrzeba. Robię zdjęcia w oczekiwaniu na początek naprawdę niebezpiecznej drogi.

"Droga Śmierci" w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

„”Droga Śmierci” w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Nasi naćpani betelem kierowcy jadą pewnie śpiewając birmańskie piosenki jakże nieznośne dla zachodniego ucha. Zatrzymujem się dwa razy. Raz, aby usunąć drzewo blokujące drogę. Drugi raz, aby poczekać aż grupa tubylców naprawi ciężarówkę, która zepsuła się na środku blokując 3/4 drogi. Czekamy około kwadransa, by podjąć decyzję o próbie przeciśnięcia się między ciężarówką a przepaścią. Dziewczyny nie podzielają naszego entuzjazmu i decyduja się iść za jeepami. Ostatecznie docieramy do “wstydliwej” wioski (Shame Village), gdzie jest punkt startowy naszego krótkie trekkingu do Kyar Do – podobno najbardziej tradycyjnej wioski w stanie Chin.

Wioska Kyar Do. Fot. Życie w tropikach

Wioska Kyar Do. Fot. Życie w tropikach

Idziemy w dół przez około godzinę podziwiając spektakularną scenerię, na którą składają się małe drewniane domki porozrzucane bez ladu i składu na stromych wzgórzach. – Tradycyjne domy ludzi Chin mają dwie pary drzwi: jedne od frontu, a drugie z tyłu. Dla ochrony przed dzikimi zwierzętami i innymi wrogimi plemionami. – wyjaśnia nasz przewodnik. – Jeśli ktoś zapuka albo zderzy się z frontowymi drzwiami, żona pójdzie otworzyć i sprawdzić o co chodzi. To da mężowi czas na ucieczkę przez tylne drzwi! – dodaje przewodnik.

Tradycyjny dom w stanie Chin z czaszkami zwierząt jako dekoracją

Tradycyjny dom w stanie Chin z czaszkami zwierząt jako dekoracją

Przekraczamy niewielką rzeczkę po pniu drzewa, gdzie spotykamy młoda kobietę z tatuażem na twarzy, wioskowego szamana i jego asystenta. Obaj niosą strzelby myśliwskie. Nie wydają się specjalnie przejmować rządowym zakazem polowań jako, że plemię z którego pochodzą trudniło się tym fachem od pokoleń. Pierwszą rzeczą jaką widzimy w wiosce jest płot i słup przy którym wyznający animizm wieśniaki (młodsze pokolenie to głównie chrześcijanie) dokonują rytualnych mordów zwierząt od czasu do czasu. Ceremonia poświęcenia zwierzaka jest z reguły szybka i bezbolesna. Zwierzęta są przywiązywane do słupa lub płotu, a następnie zastrzelone z łuku ku ogromnej radości zgromadzonych. Poświęcone zwierzę jest następnie zjadane. Chodzimy przez chwilę wokół tradycyjnych dwudrzwiowych domów udekorowanych czaskami poświęconych i upolowanych zwierząt.

Szaman i myśliwy jednym z wioski Kyar Do w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Szaman i myśliwy jednym z wioski Kyar Do w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Wioskowy sołtys zaprasza nas do swojego domu na lunch, który przytargaliśmy ze sobą aż z Mindat. Siedzimy na podłodze wokół dużego, niskiego, drewnianego stołu i cieszymy się pozbawionym smaku gotowanym ryżem ze zbyt dużą ilością warzyw i zdecydowanie za małą ilością mięsa. Krótka konwersacja z rodziną wykazuje, że jedna z dziewczyn krzątających się po domu pracowała w Singapurze, ale wróciła by pogrzebać swojego ojca, który ostatnioi zmarł w szpitalu w Mindat. Mimo uderzającego kontrastu jaki dzieli antyczną wioskę i nowoczesny Singapur, dziewczyna nie jest pewna czy ponownie wyjedzie za granicę. Dowiadujemy się, że tubylcy kasują niewielką “opłatę za aparat” od turystów w desperackiej próbie uzbierania 5,000 dolarów na rekonstrukcję mostu na rzece, który został zmyty w trakcie ostatniej porze deszczowej. Wierzą, że uda im się odbudować most przed kolejnym monsunem, który nadejdzie już w czerwcu, choć mają na razie mniej niż 1,000 dolarów. Jako reprezentanci biura podróży nie zostajemy poproszeni o “opłatę za aparat”. Mimo to zostawiamy mamy nadzieję liczącą się darowiznę, co zostaje skrupulatnie zanotowane w specjalnie przeznaczonym do tego zeszycie. Wracamy do naszych jeepów zahaczając po drodze o tradycyjny cmentarz podobny do tego, który widzieliśmy wczoraj. Ten jednak podobno ma aż 700 lat. Spotykamy więcej wytatuowanych kobiet. Najmłodsza ma zaledwie 18 lat, co oznacza, że tradycja będzie najpewniej kultywowana mimo rządowego zakazu.

Kobieta Chin z tatuażem na twarzy. Fot. Życie w tropikach

Kobieta Chin z tatuażem na twarzy. Fot. Życie w tropikach

Ostatnie pół godziny jazdy upewnia mnie, że “Droga Śmierci” nie jest nawet w połowie tak niebezpieczna jak zapewniano nas w Mindat. Prawdę mówiąc tak długo jak samochód jest sprawny, a kierowca nie jest nawalony (betel się nie liczy!) to nie ma się czym przejmować. Mężczyźni w naszej grupie są mocno zawiedzeni. Kobiety nie podzielają naszego zawodu i uważają, że droga rzeczywiście była dosyć straszna.

Ostatecznie docieramy do Aye Camp położonego na stoku góry na wysokości 1796 metrów. Camp to właściwie jeden duży, drewniany dom oferujący sześć prostych pokoi z materacami i bardzo grubymi kocami. Azjatycka (kucana) toaleta jest a zewnątrz. Oglądamy niesamowity zachód słońca i odnotowujemy znaczący spadek temperatury. Termometr w zaimprowizowanej jadłodalni wskazuje 11 stopni Celsjusza. Po kilku latach w temperaturach rzadko spadających poniżej 30 stopni, czuję się jakbym zamarzał na śmierć. Miła obsługa campu gotuje dla nas wodę na gorący prysznic. To miła odmiana po Victoria Guesthouse w Mindat. Nasz przewodnik przygotowuje smakowitą wielodaniową kolację po której zawijamy się w nasze koce i zasypiamy w naszych królewskich komnatach. Jutro wspinamy się na szczyt Mount Victoria.

Odkrywanie stanu Chin: Mindat

Kobiety z wytatuowanymi twarzami, tradycyjne wioski myśliwskie i rytualne mordowanie zwierząt to tylko niektóre z atrakcji, jakich możecie doświadczyć w stanie Chin. To najbiedniejszy, najbardziej fascynujący i najpiękniejszy region w Birmie, jaki do tej pory widziałem. Jest surowy, trudny i autentyczny. Teraz gdy rząd otworzył go dla turystów i pozwolenie na wjazd nie jest wymagane, nie macie więcej wymówek, aby się tam nie wybrać. Dziś zabieram Was do Mindat, fajnego miasteczka z widokiem na góry Chin.

Pierwsza fotka z kobietą dumnie prezentującą tatuaż na twarzy. Bazar w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Pierwsza fotka z kobietą dumnie prezentującą tatuaż na twarzy. Bazar w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Dwa stare jeepy “Made in Myanmar” czekają na nas przed Kumudara Hotel o szóstej rano. Jedziemy na lotnisko w Nyaung U, aby odebrać jeszcze jedną osobę z naszej w sumie czteroosobowej ekipy. Wschodzące słońce rzuca miękkie światło na setki starych świątyń w Bagan. Widziałem to przynajmniej z 12 razy, ale widok nie przestaje mnie cieszyć. Krótki postój na lotnisku i już jesteśmy na drodze do tajemniczego stanu Chin. Zatrzymujemy się w Pakokku, jakieś 30 kilometrów na północ od Bagan, aby rzucić okiem na lokalną pagodę nad rzeką. Poza tym widoczkiem Pakokku wydaje się być kolejnym typowo birmańskim miasteczkiem z żywiołowym bazarem i kilkoma pagodami. Przejeżdżamy po słynnym moście Pakokku nad potężnie rozlaną rzeką Ayeyarwaddy i kontynuujemy podróż w kierunku stanu Chin. To siedem godzin jazdy z Bagan po dziurawej drodze, kompletnych bezdrożach, wysuszonych korytach rzek i płytkich stawach.

Widok Bagan, który nigdy mi się nie znudzi. Fot. Życie w tropikach

Widok Bagan, który nigdy mi się nie znudzi. Fot. Życie w tropikach

Ostatnie 18 kilometrów naszej podróży nagradza nas spektakularnym widokiem na góry stanu Chin. Wąska, wyboista droga wspina się stromo do Mindat – jednego z niewielu śladów cywilizacji w stanie Chin. Głównie drewniane budynki w różnym stanie destrukcji wiszą sobie leniwie na zboczu góry po jednej stronie drogi. Wszystkie z nich mogłyby być wspaniałymi hotelami oferującymi zapierający dech w piersiach widok na góry na horyzoncie. Zatrzymujemy się przy budynku oznaczonym na niebiesko jako “FOREIGN INFORM” i witamy sie z lokalnymi władzami imigracyjnymi. Poważnie wyglądający urzędas przegląda nasze paszporty, pozwolenia na wjazd i kopie wymienionych troszkę dłużej niż powinien. Zdaje się nie zauważać koperty z dotacją dla jego niskoopłacanej placówki, bawi się jeszcze przez chwilę naszymi dokumentami i ostatecznie wpuszcza nas do swojego małego królestwa.

Wzgórza w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Wzgórza w stanie Chin. Fot. Życie w tropikach

Zakwaterowanie w Mindat jest bardzo ograniczone i podstawowe. Na Oasis Resort składają się dwa proste bungalowy (trzeci jest w trakcie budowy), które oferują cudowne widoki na okolicę, trochę prywatności i łazienki z gorącą wodą, o którą należy poprosić z półgodzinnym wyprzedzeniem. Bungalowy chodzą po US$80. Mimo, iż nie są warte więcej niż US$10-15, pokoje są zarezerwowane na kilka dni do przodu w związku ze świętem narodowym mniejszości Chin. (Chin National Day). Zatrzymujemy się przy słabo wyglądającym rządowym guesthousie, który wydaje się być zamknięty i jeszcze jednym oferującym małe, surowe i podstawowe pokoje. Śmierdząca, ciemna i brudna toaleta jest na zewnątrz. Aby się do niej dostać trzeba przejść obok klatek ze świniami i innymi zwierzętami. Pokój kosztuje US$40.

Wnętrze pokoju w Oasis Resort. Fot. Życie w tropikach

Wnętrze pokoju w Oasis Resort. Fot. Życie w tropikach

Ostatecznie docieramy do Victoria Guesthouse – drugiego najlepszego miejsca zakwaterowania w Mindat, gdzie mamy opłaconą rezerwację na trzy noce za US$40/noc. Victoria Guesthouse oferuje małe pokoje z niewygodnymi łóżkami i jeszcze gorszymi poduszkami oraz cienkimi drewnianymi ścianami, które nie są zaletą, gdy pozostałe pokoje zajęte są przez gadających, śpiewających, chrapiących i charchających birmańskich lunatyków. Doceniamy grube, brudne koce po lodowatym prysznicu, gdy temperatura na zewnątrz i w środku spada do około 10 stopni Celsjusza.

Wieczorem wychodzimy na kolację do domowej restauracji kilka drzwi obok. Mieszkańcy stanu Chin mają swój własny język, ale udaje nam się zamówić kurczaka w sosie ostro-kwaśnym, świnię na słodko-kwaśno, rozgotowane warzywa, ryż i piwo Myanmar kombinacją mojego żałosnego birmańskiego, angielskiego i mowy ciała. Niespodziewanie odwiedza nas urzędnik imigracyjny (inny niż poprzedni), przedstawia się i pyta o mnie. Wyjaśnia, że potrzebuje numer mojej wizy. Wymieniamy numery telefonów, a ja obiecuję wysłać mu smsa, gdy wrócę do guesthouse’u po paszport. Postanawiam zapomnieć, że w biurze imigracyjnym zostawiłem przynajmniej pięć kopii swojego paszportu i wizy…

Mindat. Fot. Życie w tropikach

Mindat. Fot. Życie w tropikach

Następnego dnia idziemy na śniadanie na lokalnym bazarze. Targ jest mały, autentyczny i prymitywny. To tutaj widzimy pierwszą starą kobietę z twarzą pokrytą tradycyjnym, zielonym tatuażem. Pijemy zieloną herbatę i jemy kilka samos z rozwodnionym sosem chili w jednym z bazarowych teashopów, gdy podchodzi do nas młody chłopak w obdartym i brudnym ubraniu z gębą pełną czerwonego betelu. Chłopak przedstawia się jako nasz przewodnik. Informuje nas, że nasza firma go wynajęła, aby się nami zajmował. Wiedział, że pracujemy dla Tour Mandalay, ale nie był w stanie podać ani imienia ani numeru telefonu osoby, która dzwoniła. Zapytany, które biuro do niego zadzwoniło, powiedział że to z Mandalay. Było zapewne oczywiste dla niego, że Tour Mandalay jak nazwa wskazuje musi mieścić się w Mandalay, choć to zaledwie jedno z naszych czterech regionalnych biur. Poza tym wycieczkami do stanu Chin zarządzamy z biura w Bagan, które poinformowało nas, że musimy lokalnego przewodnika znaleźć sobie sami. Ten chciał 30,000 dżatów za dzień, co było zdzierstwem jak na lokalnego, niewykwalifikowanego przewodnika bez licencji ze słabym angielskim. Miał w sobie też coś takiego, że nie polubiliśmy go od samego poczatku. Siedzimy w ciszy przez kilka minut, aż nasz niedoszły przewodnik wstaje i siada ze swoimi przyjaciółmi przy innym stole.

Wytatuowane kobiety w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Wytatuowane kobiety w Mindat. Fot. Życie w tropikach

Gdy tylko opuszczamy bazar, “nasz” przewodnik zaczyna nas śledzić. Odwracam się i informuję, ze muszę zadzwonić do naszego biura w Bagan i potwierdzić czy go przysłali, żeby się nami zajął. Miał minę zbitego psa i był gotowy odpuścić nie dlatego, że nas okłamal, ale dlatego że został na tym kłamstwie złapany. Wracamy do Victora Guesthouse, aby zostawić nasze kurtki, jako że temperatura zaczęła rosnąć o więcej niż 5 stopni na godznę. Nie dzwonię do biura będąc pewnym, że koleś już stracił twarz i zniknie tak szybko jak się pojawił. Ku naszemu zaskoczeniu czekał na nas przed Victoria Guesthouse! Na tym etapie zaczęło mi być go szkoda i decyduję się zapłacić mu 20,000 dżatów. Dzwonimy po nasze jeepy. Z niejasnych powodów nasz przewodnik bierze ze sobą dwóch przyjaciół, co denerwuje jednego członka naszej ekipy. Dzieląc ograniczone miejsca w jeepach z przewodnikiem i dwoma niepotrzebnymi pasażerami, ruszamy w kierunku jednej z lokalnych tradycyjnych wiosek stanu Chin.

Opuszczamy główną drogę i zjeżdżamy w dół. Góra jest po naszej prawej stronie. Głęboka, gotowa nas połknąć przepaść jeśli kierowca popełni choćby najmniejszy błąd jest po naszej lewej. Uśmiecham się jak szaleniec próbując robić zdjęcia. Dziewczyny w naszej grupie wystawiają nogi na zewnątrz gotowe wyskoczyć z jeepa, gdy coś pójdzie nie tak. Na szczęście nasz betelowo otumaniony kierowca nie popełnia żadnego błędu i po pół godzinie docieramy do punktu startowego naszego krótkiego spaceru do wioski Pan Olk. Widzimy więcej tradycyjnych drewnianych domów, spotykamy kilka kobiet z tatuażami na twarzach, które chętnie pozują w zamian za napiwek. Najbardziej surrealistyczny obrazek to starożytny cmentarz składający się z kilkudziesięciu dziwnych nagrobków. Nasz przewodnik daje radę wytłumaczyć nam, że mieszkańcy wioski palą ciała i trzymają prochy zmarłych pod tymi nagrobkami.

Tradycyjny cmentarz Chin. Fot. Życie w tropikach

Tradycyjny cmentarz Chin. Fot. Życie w tropikach

W drodze powrotnej chcemy odwiedzić kobietę, która gra na flecie za pośrednictwem swojego nosa (!), ale niestety nie ma jej w domu. Płacę przewodnikowi i odmawiam umówienia się z nim konkretnie na jutro. Idę na spacer do biura imigracyjnego na wszelki wypadek wręczyć im kolejną kopię mojej wizy. Wieczorem wracamy do “naszej” restauracji po więcej pysznego kurczaka w sosie ostro-kwaśnym. Spotykamy australijska parę, która właśnie przyjechała z Kanpetlet – innego miasteczka w stanie Chin. Towarzyszy im szef lokalnych przewodników. Nasz poczatkowy plan zakładał jechanie prosto do Kanpetlet pojutrze, jako że jutro jest Chin National Day.

– Nie jedźcie bezpośrednio do Kanpetlet. Jedźcie najpierw do Mount Victoria i zostańcie w naszym campie. Droga jest bardzo niebezpieczna… ale piękna i znacznie krótsza niż przez Kanpetlet. Mogę Wam dać przewodnika i samochód z kierowcą, który zna tę drogę. Nazywamy ją tu “Drogą Śmierci”. – mówi lokalny szef przewodników.

– Dobry przewodnik by się przydał. Ale mamy swoje jeepy i kierowców z Bagan – odpowiadam.

– Kierowcy z Bagan tam nie pojadą. Boją się tej drogi. – naciskał ewidentnie próbując wcisnąć nam swoje usługi.
Nasi kierowcy tam nie pojadą? Ha ha, on nie zna naszych kierowców! Mimo, że panie w naszej ekipie nie podzielały naszego entuzjazmu wobec zmiany trasy, decyzja została podjęta, gdy usłyszeliśmy “droga śmierci”, “niebezpieczna” i “boją się”. “This is we like!” jak zaczęliśmy mawiać w birmańskim angielskim…

Moja wyprawa do stanu Chin odbyła się pod koniec lutego 2013. W dniu 6 marca, 2013, części stanu Chin zostały otwarte dla turystów i rządowe pozwolenie na wizytę nie jest już wymagane. Najłatwiej poruszać się po stanie Chin wynajmując prywatnego jeepa z kierowcą w Bagan. Do Mindat można się także dostać wątpliwej jakości autobusem z Mandalay (12 godzin). Tutaj można zorganizować przewodnika, samochód i/lub motor na dalszą wyprawę.

Gdzie można pojechać w Birmie?

Większość turystów przybywających po raz pierwszy do Birmy skupia się na tak zwanej „wielkiej czwórce”: Yangon, Bagan, Mandalay, Inle Lake, czasem rozszerzając swój pobyt o plażę Ngapali lub jedną z kilku innych lokacji przyjaznych dla podróżujących. Jednym z najczęściej zadawanych pytań i problemów jest ustalenie, gdzie tak naprawdę można pojechać w Birmie bez pozwolenia, a gdzie takie pozwolenie jest wymagane. W ubiegłą środę rząd przysłał nam fax z informacją o zmianach w otwartych i zamkniętych regionach. Z pomocą mojego birmańskiego asystenta udało nam się skompilować dla Was te informacje.

Source: wikitravel.org

Źródło: wikitravel.org

Generalnie rząd dzieli Birmę na trzy kategorie:

1. Tereny, gdzie pozwolenie nie jest wymagane
2. Tereny, gdzie pozwolenie nie jest wymagane, gdy nie opuszczamy miasta
3. Tereny, gdzie pozwolenie jest bezwzględnie wymagane.

W przypadku punktu trzeciego o pozwolenie najłatwiej starać się poprzez biuro podróży. Większość biur podróży jest w stanie wystąpić o przyznanie pozwolenia, o ile wykupimy u nich wycieczkę w ten właśnie rejon. Pakiet generalnie składa się z przelotu/przejazdu do punktu startowego, zakwaterowania, lokalnego transportu (np. jeepa, gdy wymagany) oraz przewodnika. Lekkoduszni włóczykije, którzy gardzą zorganizowanymi wycieczkami, nie mają tutaj czego szukać. Należy pamiętać jednak, że i tak wszystkie powyższe elementy będą nam potrzebne. Może więc nie warto bić piany, zostawić trudną część ekspertom i zaprzyjaźnić się z przewodnikiem?

Oto tabelka mam nadzieję jasno przedstawiająca, gdzie można udać się w Birmie bez pozwolenia, a gdzie ów pozwolenie jest wymagane:

Pozwolenie nie jest wymagane
Pozwolenie nie jest wymagane, gdy nie opuszczamy miasta
Pozwolenie bezwzględnie wymagane
Stan / Dywizja Miasto
Stan Kachin
Myitkyina (Myintgyinar) Putao Nogmung (Naungmoon)
Bhamo (Bamaw) Machanbaw Kawnglanghpu (Kaunglanfu)
Shwegu Mansi Sumprabum
Mogaung Momauk Hpakant (Hpakan, Farkent)
Mohnyin Waingmaw Tanai (Tanain)
Injangyang
Chipwi (Chibwe)
Tsawlaw (Sawlaw)
Stan Kayah
Loikaw Demawso Shadaw
Pruhso Hpasawng
Bawlakha
Maisal
Stan Kayin (Karen) Hpa-an Kawkareik (Kawkareit) Kyain Seikgyi (Kyainseikkyi)
Myawaddy (Myawadi) Hlaingbwe (Hlinebwe) Papun (Phapun)
Thandanggyi (Thantaunggyi)
Stan Chin
Kanpetlet (Kanpatlat) Tedim (Tiddim, Teetain) Paletwa
Mindat (Minthet) Ton Zang (Htonzan) Matupi (Matupe)
Falam (Phalam)
Thantlang (Htantlang)
Hakha (Haka, Harkhar)
Stan Mon
Mawlamyaing
Bilin
Kyaikmaraw
Chaungzon
Thanbyuzayat
Kyaikkami
Mudon
Ye
Thaton
Paung
Kyaikto
Mottama
Stan Rakhine (Arakan) Kyaukpyu Maungdaw
Manaung Buthidaung
Ramree
Ann
Kyauktaw
Sittwe (capital)
Pauktaw
Ponnagyun
Myebon
Minbya
Mrauk-U
Rathedaung
Gwa
Toungup
Thandwe (Ngapali)
Stan Szan
Techilelk Kunlong Nansang
Kalaw Kyaukme Mantong
Hsi Hseng Namtu Mong Nai
Nyaungshwe Mong Pan
Taunggyi Mabein Mawkmai
Pindaya Mongmit Mong Kai
Pinlaung Hsipaw
Ywangan Kengtong Kyethi
Mong Khet
Hopong Mong Yang Mong Hsu
Kutkai
Nanhkan Pekon
Mu Se Mong Hsat
Lashio Mong Ping
Mong Tong
Mong Hpayak
Mong Yawng
Tangyan
Mongyai
Hseni
Laukkaing
Kunhing
Namhsan
Lai-Hka
Loilen
Hong Pai
Dywizja Sagaing
Kalaymyo Khamti
Kalewa Homalin
Mingin Phaungbyin
Katha Mawlaik
Kawlin Nanyun
Htigyaing Leshi
Bamauk Lahe
Pinlebu
Wuntho
Indaw
Sagaing
Myinmu
Myaung
Tamu
Kani
Chaung-U
Salingyi
Pale
Budalin
Monywa
Yinmabin
Ayadaw
Kanbalu
Kyunhla
Khin Oo
Tantsal
Dabayin
Yae U
Shwebo
Wetlet
Dywizja Tanintharyi
Kawthaung
Dawei
Yebyu
Longlon
Thayetchaung
Taninthayi
Palaw
Myeik
Bokpyin
Kyunsu
Dywizja Bago
Kyaukkyi
Taungoo
Htantabin
Phyu
Yedashe
Oktwin
Kawa
Kyauktaga
Nyaunglebin
Daik-U
Bago
Shwegyin
Waw
Padaung
Paukkhaung
Letpadan
Paungde
Pyay (formerly Prome)
Shawdaung
Thegon
Gyobingauk
Zigon
Nattalin
Minhla
Monyo
Letpadan
Thayarwaddy
Okhpo
Dywizja Magway
Wszystkie miasta
Dywizja Mandalay
Wszystkie miasta Mogok
Yangon Division Wszystkie miasta Cocokyun
Dywizja Ayeyarwady (Irrawaddy) Wszystkie miasta
Nay Pyi Taw
Nay Pyi Taw Pyinmana
Tatkon
Lewe
Zayyarthiri
Zabuthiri
Dekkhinathiri
Pobbathiri
Ottarathiri

Mam nadzieję, że powyższe informacje okażą się dla Was przydatne w planowaniu podróży do Birmy. Jeśli macie jakieś pytania, pytajcie proszę w komentarzach, a odpowiem najlepiej i najszybciej jak będę umiał. Być może Wasze pytania i moje odpowiedzi pomogą innym w planowaniu wakacji życia!